COLISEUM –  zbawcy punka

Wreszcie!!! Wreszcie doczekałem się wizyty Coliseum w Polsce. Po lekkim zawodzie związanym z odwołaniem jesiennego koncertu we Wrocławiu, zostałem wynagrodzony z nawiązką krakowskim występem  hc\punkowej trójki z Kentucky.

28.03.2011, Kraków, Forty Kleparz

Na początek duży plus należy się organizatorom za wybór miejscówki. Niestety, publika dopisała średnio. Rozumiem, że poniedziałek to może nie jest najlepszy dzień tygodnia jeśli chodzi o gig, ale Coliseum nie jest też jakimś anonimowym bandem.  Wiadomo jednak, że o  zobaczeniu kapeli na żywo czy kupieniu płyty często decydują względy, powiedzmy, „pozamuzyczne”.

Na pierwszy ogień poszedł śląski No Time To Waste. I niestety, podczas ich krótkiego setu czułem się jakbym właśnie marnował czas. Może nie moje klimaty, ale ucho mam jeszcze w miarę sprawne. Słychać, że panowie zapatrzeni są w nowocześnie grające core`owe ekipy zza oceanu i próbują iść w kierunku takich klimatów, ale to trochę za mało, żeby kogokolwiek zaintrygować. Zespół młody, może się wyrobi, na razie jest słabo od piosenek po konferansjerkę. Dużo więcej obiecywałem sobie po „kolejnym klonie Neurosis” czyli Guantanamo Party Program. Chociaż klonowi temu bliżej zdecydowanie do wczesnego Cult Of Luna. Wrocławianie udowodnili, że etykietka apocalyptic hardcore jest w ich przypadku jak najbardziej adekwatna do tego co prezentują. Przytłaczające granie… Monotonny rytm, ściana gitar i przeszywający wrzask wokalisty, czyli  prosta recepta na wgniecenie w ziemię kilku osób pod sceną. Mury fortu porządnie zadrżały. Bardziej przestrzennych momentów na złapanie oddechu  było naprawdę niewiele, przez co pod koniec można było się poczuć lekko podmęczonym. Chociaż może o to właśnie chodzi w takim graniu …  Generalnie pozytywnie. Do ekstraklasy jeszcze trochę brakuje, ale mam zamiar śledzić ich dalsze poczynania.

Zmiana gratów, szybkie strojenie, trochę dymu na scenę, wszyscy gotowi… Zaczynają od przebojowego „Year Of  The Pig” z epki „Goddamage”. Już od pierwszych taktów wiadomo ze będzie bardzo dobrze. Brzmieniowo bez zarzutu – jest moc. Jako że to pierwszy występ w Polsce, Amerykanie zafundowali przelot przez całą dyskografię dorzucając  po drodze coś nowego. Dowodzący załogą Ryan Patterson, skupiony na grze, z zaangażowaniem wykrzykuje kolejne wersy, a emocje sięgają zenitu przy „Skeleton Smile” z ostatniego albumu. Między kolejnymi utworami dzieli się swoimi spostrzeżeniami i odczuciami dotyczącymi zespołu, muzyki, samego gigu … Krótko, zwięźle, bez gwiazdorki, prawienia natchnionych kazań czy taniego wazeliniarstwa. Reszta kapeli z bananami na twarzach odgrywa kolejne numery. Fajnie się ogląda ekipę, której przebywanie na scenie ewidentnie sprawia frajdę.  Jeśli chodzi o „House With A Curse”, którego fragmenty były najliczniej prezentowane, to dość sporo czasu zajęło mi całkowite przekonanie się do tego materiału. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że na żywca te bardziej rockowe numery kopią równie mocno jak nieco starsze, hardcore`owe kawałki. Na koniec lider Coliseum prosi kolegów, żeby zagrali jeszcze jeden numer i po chwili słyszę  danzigowy „Am I Demon”, podczas którego jeden zawodnik nie wytrzymał i zaprezentował dziarę (nietrudno zgadnąć jaką…). Sympatyczny finał…

Coliseum swoim występem potwierdziło wysoką formę, którą, mam nadzieję, jeszcze długo podtrzyma. Kiedyś czytałem gdzieś przy okazji wydania „No Salvation”, że próbuje się z nich na siłę zrobić zbawców amerykańskiego punka. Po wypadzie do Krakowa mam pewność, że jeśli takowi zbawcy istnieją to pochodzą z Louisville i stoi za nimi banda martwych harleyowców.

Piotrek Sowa