CIESZANÓW ROCK FESTIWAL – słońce, piwo i muzyka

Mieszkańcy Podkarpacia nazywają festiwal w Cieszanowie odpowiednikiem Woodstocku. Cóż, patrząc na line-up imprezy, coś w tym jest, bo gatunkowa rozpiętość artystów przypomina „łapankę” z Kostrzyna, zaś pod względem rozmiaru i organizacji imprezy, są to oczywiście tylko pobożne życzenia.

Piąta edycja imprezy, która sukcesywnie rozwija swoją formułę już za nami i – krótko mówiąc – trochę szkoda, że już po wszystkim. Sam region zachęca do tego, aby odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku i pędu za pracą. Malownicze terytoria położone blisko granicy z Ukrainą mają w sobie coś magicznego i nie mam na myśli samych cerkwi, których w okolicy nie brakuje. Cieszanów, Stary i Nowy Lubliniec, a także inne, większe ośrodki położone w odległości kilkunastu do kilkudziesięciu kilometrów wydają się być przystanią dla zmęczonych pracąPlakat i życiem fanów rocka i metalu. Choć z drugiej strony, tych starszych jest zdecydowanie mniej niż młodzieży. To akurat zaliczam na plus. Im więcej młodych interesuje się muzyką i nieprzypadkowo pojawia się na takich imprezach – tym lepiej. Wszak to dla nich organizowane są takie festiwale i długo jeszcze się to nie zmieni.

Istotnym czynnikiem odpowiadającym za atmosferę na festiwalu okazała się być pogoda. Dwa pierwsze dni, z naciskiem na niemal upalną sobotę, znacząco zdecydowały o przedłużenie planowanej zabawy do późnych godzin nocnych. Mimo spadającej temperatury w nocy, uczestnikom imprezy i  niżej podpisanego w gronie przyjaciół wcale to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.

Zacznijmy od początku. Piątek

Pierwsze spotkanie z Cieszanowem odbyło się tuż po otwarciu bram festiwalu. Teren ośrodka wypoczynkowego usytuowanego niedaleko „centrum” miejscowości wydawał się być świetną lokalizacją dla tej imprezy. Nie po raz pierwszy i ostatni, lecz z czasem, okazało się, że pogoda, która lubi płatać figle, nie pozostawiła… zamiast suchej nitki, suchego źdźbła trawy i choćby jednego kawałka gruntu, który nie stałby się bagnem. To jednak doskwierało w niedzielę. Piątek należał do słońca, pięknych kobiet i kilku dobrych koncertów.

Uprzednio odebraliśmy bilety i rozpiskę festiwalową, po czym udaliśmy się na klasyczny, acz domowy, bifor. Docelowo na festiwalu pojawiliśmy się dopiero w czasie koncertu Maleńczuka, który zaprezentował materiał z najnowszej płyty projektu Psychodancing. Cóż, nie wszystkim się to podobało, tym bardziej, że wielu obiecywało sobie choćby cząstkę materiału Homo Twist. Niestety, tak się nie stało, ale charyzma legendarnego już polskiego muzyka zatarła niesmak jaki pozostawiał repertuar. Brzmieniowo koncert poprawny, choć odniosłem wrażenie, że realizatorzy odpowiedzialni za nagłośnienie dopiero się rozkręcają. Cóż, rychło wczas.

Rzeczą, która niewątpliwie zasługuje na naganę są długie przerwy między koncertami. Nie będę wchodził w szczegóły, ale powinno to wyglądać dużo lepiej, sprawniej, no i przede wszystkim, bardziej profesjonalnie. Pal sześć, może ekipa techniczna miała problemy – kto wie?

Uwielbiany przesz damską część publiczności zespół Happysad zaprezentował materiał ze swojego debiutu „Wszystko jedno”. O ile osobiście nie przepadam za autorami niejednego „hymnu” młodego pokolenia, tak nie odmawiam im profesjonalizmu. Niezależnie czy prezentują swój nowy materiał, czy powracają do albumu sprzed dekady, wszystko odgrywają z niebywałą wręcz precyzją. Emocji związanych z takim koncertem nie brakuje, i prawdę mówiąc, Happysad, obok występującej później Luxtorpedy zebrali najliczniejszą publiczność, głodną przebojowych prostych piosenek. Zadanie wykonane.II

Litza i spółka zagrali… dobrze. Co tu więcej pisać. Poznaniacy są koncertową maszyną, mniej lub bardziej lubianą (a przeze mnie nie lubianą wcale) i zazwyczaj są w formie której zazdrości im reszta polskiej „śmietanki”. Koncert w Cieszanowie nie był wyjątkiem. Grupa przez ponad godzinę raczyła swoich fanów i antyfanów kolejnymi petardami, wliczając w to nowy materiał i przyszły hit, do którego w czasie koncertu nakręcono teledysk. Nie będę wdawał się w szczegóły setlisty, ale kto miał być zadowolony – ten był. W pełni doceniam najlepszą sekcję rytmiczną w kraju i pomysł na siebie. Gorzej z samymi utworami, ale przecież o gustach się nie dyskutuje. Jedno jest pewne, Luxtorpeda zdobyła Cieszanów.

Piątek zamykali muzycy rosyjskiej Arkony. Zespołu, który stylistycznie nijak nie pasował do konwencji imprezy. Cóż, brzmieniowo również, bo był to najgorzej nagłośniony gig całego festiwalu i mimo szczerych chęci ja jak i dziesiątki innych ludzi, zdecydowaliśmy sobie to show z panną na wokalu w futrze z lisa, odpuścić. Arkonę widziałem już parę razy na czeskim Brutal Assault i nie było tak źle. Widać „folk metal” w ich wydaniu w Cieszanowie okazał się być tylko ciekawostką. Nieudaną, czego nie powiem o Finach z Korpiklaani.

Sobota.

Zaczynamy od Armii, która niezależnie od wielkości sceny daje popis umiejętności. Legenda polskiego punka i poniekąd alternatywy jeńców nie bierze i przekonali się o tym wszyscy zebrani. Zazdroszczę formy, energii na scenie, a przede wszystkim, własnego akustyka, który wreszcie pokazał jak powinien brzmieć zespół cieszący się tak wielką estymą.

Trzy godziny później scena należy do Lao Che. Autorzy „Powstania Warszawskiego” zjawili się w Cieszanowie w celu zaprezentowania tego materiału w całej krasie. Przyznam, że przez lata moje zdanie na temat tego albumu ulegało licznym modyfikacjom, z naciskiem na niemal całkowite uwielbienie, aż wróciłem do punktu zero i nadal mam mieszane odczucia. Nie kwestionuję wkładu Lao Che w polską muzykę rozrywkową, a przede wszystkim, ujęcia jej w mniej oczywiste ramy – i nie mam tutaj na myśli samej warstwy lirycznej. Lao Che to bodaj jedyny zespół z Mystic, który obok Pogodno zasługuje na głośny aplauz za odwagę i pomysł na muzykę. Doskonałym tego dowodem, choć dość nierównym, no i pod względem realizacji brzmienia w Cieszanowie, było owe „Powstanie”, o którym dyskutowano długo po zakończeniu koncertu. Jak dla mnie, jeden z najlepszych koncertów całej imprezy.

Po Happysad na scenie zameldował się nie kto inny jak Muniek Staszczyk ze swoim T.Love Alternative. O historii tego zespołu najlepiej poczytać w sieci, aby zrozumieć wszystkie zawirowania z nim związane. Zresztą, nie tylko z nim, bo sam Muniek występujący w Cieszanowie w trzech różnych odsłonach to podstać na tyle barwna a zarazem kontrowersyjna, że lektura rozwoju jego kapel to całkiem pożyteczne zajęcie. Kto nie słyszał T. Love Alternative, ten był mocno zaskoczony rockowym i alternatywnym charakterem zespołu. Dodajmy do tego bardzo przyzwoite, momentami niemal metalowe brzmienie i cios gwarantowany. Do tego niemłodzi panowie zarejestrowali DVD i krążek LIVE CD, który na moje oko i ucho nie będzie żadną ujmą w ich dorobku.V

Show wieczoru należało do Korpiklaani. Finowie od lat cieszą się niesłabnącą również w naszym kraju, popularnością, i dali dowód na to, że jako jedyni z całej palety folk metalowych kapel, potrafią łoić naprawdę ciekawie. Po „Tales Along The Road” straciłem zainteresowanie zespołem, sprawdzając przy okazji premier nowych albumów single i mimo, iż nie takie granie nie robi już na mnie wrażenia, z chęcią pląsałem do hitów takich jak „Vodka” czy „Pipes and Pints”. Ponadto, Korpiklaani w przeciwieństwie do wielu innych tego typu zespół, grają na thrashową modłę, co wielu niezorientowanych w temacie mocno zaskoczyło. In plus oczywiście, bo młyn pod sceną był ogromny.

Niedziela

Niestety, ostatni dzień imprezy został położony przez pogodę i wszechobecne bagno utrudniające jakiekolwiek przemieszczanie się po terenie imprezy. Z racji na absolutne zimno i deprymujący deszcz, teren festiwalu odwiedziliśmy dopiero w chwili, kiedy na scenie montowali się najdziwniejsi artyści w całym zestawieniu, niegdyś hip-hopowi muzycy Łąki Łan. To, co zaprezentowali w Cieszanowie przypominało dość psychodeliczny soundsystem, który pomylił miejsca koncertu. Panowie – jak zwykle przebrani – nie otrzymali „wsparcia” ze strony publiki, i co tu dużo mówić, nie dziwię się. Najmniej udany koncert całej imprezy.

Po nich przyszedł czas na danie główne mojego wyjazdu, legendę NYHC, Agnostic Front. Grupa, podobnie jak Madball rok temu, pojawiła się w Cieszanowie trochę z przypadku i dobrego ułożenia dat pomiędzy kolejnymi koncertami w klubach i na dużych scenach bardziej prestiżowych festiwali. Dla niżej podpisanego – w to mi graj. Jeśli za rok organizatorzy utrzymają tendencję, a może nawet rozszerzą hardcore’ową ofertę, festiwal zyska w moich oczach, a biorąc pod uwagę całkiem pokaźne grono zwolenników hc/punka bawiące się pod sceną, jak i przed barierkami oddzielającymi strefę koncertu od gastronomiczno-usługowej, nie wydaje mi się, aby mogło być inaczej.

Roger Miret i spółka zagrali krótko, bo raptem 45 minut (na półtorej godziny, która była przewidziana w rozkładzie), co nie zmienia faktu, iż kompletnie zmietli wszystkie kapele, które grały na tym festiwalu. Selektywny sound uzyskali dopiero od trzeciego utworu, ale to przecież hardcore/punk, muzyka, która nie musi mieć najlepszego nagłośnienia na świecie, gdyż liczy się show i energia. Tej nie brakowało zwłaszcza u Stigmy, który jest showmanem z prawdziwego zdarzenia. W czeskiej Ostravie podobno robił sobie zdjęcia z fankami w trakcie koncertu – o czymś to świadczy. Panowie niespecjalnie zwalniali tempo, a jako, że grali w większości materiał ze swojego debiutu „Victim In Pain” ze sceny leciał sztos za sztosem, aż do bardziej aktualnego materiału z nieśmiertelnym „Gotta Go” wykrzyczanym przez większość zebranych, zarówno punków, metali jak i zwykłych słuchaczy którzy gdzieś tam ten utwór już słyszeli. Wcale nie mniejsze szaleństwo działo się w trakcie zagranego jako jeden z ostatnich utworów coveru „Blitzkrieg Bop”, którego kompletnie się nie spodziewałem, a który pozostawił na mojej twarzy szeroki uśmiech w kształcie banana.III

Po Agnostic Front ponownie rozpadało się, a wizja koncertu Szwagierkolaski przeważyła o tym, aby spocząć w domowych pieleszach i przygotować się na wielogodzinną jazdę do domu. KSU – zespół o którym w ostatnim czasie w ogóle nie słychać z owej przyczyny odpuściliśmy – choć bez żalu. Tego samego nie powiem o Acid Drinkers, którzy specjalnie na tę okazję odkurzyli „Infernal Connection”. Mówi się trudno. Może jeszcze będzie okazja.

Podsumowując: Cieszanów Rock Festiwal to jedna z najciekawszych, małych imprez w naszym kraju. Obok festiwalu w Jarocinie i B Festivalu w Brzeszczach kolejny event, który nie trzyma się jednej formuły, poszukując przy tym swojego miejsca na rynku. Impreza godna polecenia, sprawdzenia, a przede wszystkim, z racji na niezbyt masowy charakter (bagatela pięć do dziesięciu tysięcy uczestników), nie przytłaczająca mnogością charakterów w niej uczestniczących. Doskonałe miejsce na relaks w słońcu, przy piwie i w rockowej aurze.

Do następnego.

Grzegorz „Chain” Pindor

Zdjęcia: Dawid Rojek – Hanami Studio