CHRIST AGONY – bezcenne wspomnienia

Z pewną taką nieśmiałością, że zacytuję klasyka polskiej reklamy, wybrałem się na Christ Agony do warszawskiej Progresji. Utworzywszy sobie bufor braku oczekiwań, przesadnych założeń i nadziei, nastawiałem się raczej na robotę fotograficzną niźli przeżywanie muzyki, która jarała mnie dobre 15 lat temu. No i proszę – to był 1 kwietnia. Dostałem prima aprillis prosto w twarz.

Christ Agony, Bloodwtitten, War-Saw, Progresja, Warszawa, 1 kwietnia 2012

Bez bicia się przyznam, że ostatnie dokonania zespołu Pana Cezara nie są mi dobrze znane; Christ Agony to melodia mojej nastoletniej fascynacji czarną odmianą metalu. Tym bardziej gęba mi się uśmiechnęła, kiedy  koncert zaczęli od „Devilish Sad”, chyba największej petardy z kultowej płyty „Moonlight”, wydanej 16 (!) lat temu…
Wszystko się zgadzało, brzmienie było pierdząco miażdżące (swoją drogą, szacun dla Pana szefa, że oprócz wokali gitarowo wszystko idealnie siedziało tam gdzie powinno), teksty odpowiednio naiwne i głupie (Satan’s Coronation!!!!!) a skład dobrany z ex muzyków m.in. Vadera bardzo profesjonalny i jeśli chodzi o prezencję i jeśli chodzi o umiejętności.

bezcenne wspomnienia

Zagrali dużo staroci, oczywiście z największym ukłonem w stronę „Moonlight”, pojawiło się chyba też trochę nowszych rzeczy, które rozpoznawałem po bardziej rozbudowanych aranżacjach. Christ Agony
Haniebnie dramatyczna frekwencja nie miała w ogóle wpływu na Cezara i kolegów, co więcej, drętwa początkowo publika wraz z każdym numerem rozkręcała się robiąc nawet mimo swojej osobowej degrengolady całkiem fajny klimat. Bardzo mi się podobało! Oby trasa, zwłaszcza ta europejska, Christom wypaliła, bo kapela jest w znakomitej formie.

Jednym okiem obejrzałem też War-Saw i Bloodwritten. Lepsze wrażenie zrobili na mnie o dziwo Ci pierwsi, grając sprawnie swoją wariację na temat death metalu. Wszystko zgadzało się oprócz braku interakcji z publiką kolegi frontmana, ale to zawsze można poprawić. Bloodwritten nie podeszło mi niestety, aczkolwiek momenty, kiedy zapuszczali się w rejony Bolt Thrower’owe były fragmentami dosyć fajne.
Reasumując. Fajny koncert z marną frekwencją. Zawsze to lepsze niż odwrotna zależność. A możliwość przypomnienia sobie hitów młodości? Bezcenna.

Tekst i zdjęcia: Janek Fronczak/Shades of Grey.pl