CHOROBA OGIEŃ KWIECIEŃ – rytuał, moc i konsternacja

Pierwszy ciepły, kwietniowy weekend ściągnął do stolicy zacne wydarzenie. Trasa koncertowa „Choroba Ogień Kwiecień” była doskonałą okazją by naocznie przekonać się czy zespoły z pierwszej ligi krajowego black metalu potrafią przenieść na sceniczne deski to, co pokazują na płytach. Okazało się, że potrafią nawet więcej…

Hekte Zaren, Dead Factory, Medico Peste, Massemord   20.04.2013r Warszawa, Klub Metal Cave

Akt pierwszy. Choroba Ogień Rytuał

Trochę obawiałem się tego jak niewielki klub Metal Cave pomieści publikę chętną by posmakować black metalowego ognia. W sumie to miejsce to ma swój specyficzny urok lecz jak dla mnie nie do końca nadaje się na organizację koncertów większych niż małe, lokalne gigi. Płonące na scenie znicze, unoszący się ku sufitowi dym kadzidła; w takiej to właśnie scenerii zaprezentował się pierwszy tego wieczoru akt czyli Hekte Zaren. Szaleństwo i czysty obłęd – tak w dwóch słowach opisać można to, co działo się na scenie. Dziwna, ni to pulsująca ni to zimna, elektroniczna muzyka i opętany „śpiew” wokalistki spowitej w czarny, zasłaniający twarz kaptur sprawiły, że stwierdzenie, iż więcej diabła jest dzisiaj w niemetalowych dźwiękach nabrało bardzo realnego wymiaru. Porażające, intensywne przeżycie, które aż prosiło się o bardziej nastrojową oprawę sceniczną. Chory rytuał, który przyciągnął pod scenę parę osób, obserwując twarze zgromadzonych można było zauważyć, że chyba większość nie była przygotowana na dźwięki aż tak ekstremalne…

Akt drugi. Choroba Ogień Moc

Chwila oczekiwania i szykujemy się na kolejną dawkę dziwnych, elektronicznych dźwięków. Jednak bogowie chaosu zadecydowali inaczej i na scenie zameldował się Medico Peste. Bez powitania, frazesów i innych zbędnych rzeczy uderzyli z mocą jakiej dostępują nieliczni. Fakt, chwilami dało się odczuć małe mankamenty w brzmieniu, ale to kwestia takich a nie innych możliwości klubu. Materiał z debiutanckiego albumu zespołu to, jak się okazało, muzyka bardzo koncertowa. Balansując gdzieś pomiędzy zimnym introwertyzmem (wokalista) a niemal rock’n’roll’owym czadem, Medico Peste pokazało moc i niemały kunszt, publika nie pozostawała dłużna i chwilami pod sceną było więcej piekła niż na deskach. Mam takie wrażenie, że Medico Peste zabrakło trochę miejsca, numery z debiutu zabiły, ale czuć było to, że zespół aż rwie się do tego by przywalić jeszcze mocniej a na malutkiej scenie Metal Cave więcej już się zrobić nie dało. Medico Peste dał mocny, pozbawiony niedomówień koncert.Medico

Akt trzeci. Choroba Ogień Konsternacja

Zgodnie z rozpiską trasy jak i logiką nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Jednak wieczór ten stał pod znakiem chaosu i scenę objął we władanie projekt Dead Factory. Pokręcony industrial mocno wsparty wizualizacjami był dla rozgrzanych koncertem Medico Peste maniaków blacku niczym kubeł zimnej wody. Zdziwienie i chyba lekkie niedowierzanie, że ktoś spróbował połączyć koncert black’owy z muzyką jakby nie było elektroniczną. A samo Dead Factory naprawdę dało radę i jeśli ktoś tylko chciał, mógł odpłynąć na fali zimnych i poszarpanych dźwięków.

Akt czwarty i ostatni. Choroba Ogień Rozpierdol

To się musiało zdarzyć. Świat zadrżał w posadach i spłonął. Nie mogło być inaczej: Massemord zmiażdżył. Zespół zagrał maksymalnie chamsko i rock’n’roll’owo. Niemal boleśnie brakowało miejsca na scenie, brakowało mocy w brzmieniu, ale i tak był to jeden z lepszych, black metalowych gigów jakie widziałem w ostatnim czasie. Zestaw utworów? Set oparty był na najnowszym lp zespołu, choć w chaosie mogły i z pewnością trafiły się też rzeczy starsze. Massemord to dziś bezsprzeczna pierwsza liga metalowego hałasowania, zespół, który niszczy na dużych scenach oraz robi rozpierdol w małym klubie. Niby nie grają ze często, ale fakt zaangażowania w tysiąc zespołów sprawia, że wyglądają jakby urodzili się i chcieli zdechnąć na scenie. Chamstwo, gwiazdorka, rozpierdol…Nihil

Epilog

Choroba Ogień Kwiecień to wydarzenie ze wszech miar udane. Sam pomysł na połączenie występów hord black metalowych z setami muzyki elektronicznej był odważny, ale jak dla mnie to strzał w dziesiątkę. Zespoły jakie tego wieczoru prezentowały swoje wdzięki, dały z siebie wszystko, można było kupić sporo fajnego merchu. Słowem impreza co najmniej udana. Nie dał rady jedynie klub, brakowało mocy w brzmieniu, brakowało miejsca a chwilami robiło się nawet mało bezpiecznie. Dawno już nie spotkałem się z tym, by ktoś podawał na koncercie piwo w butelkach. Świat spłonął, dziękujemy za uwagę.

Był i spisał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Maciej Mutwil