CHELSEA GRIN – przyjemny wieczór z dobrą muzyką w tle

Luty – najkrótszy i zarazem jeden z najchłodniejszych miesięcy w ciągu roku kalendarzowego. Gdy jednym kojarzy się on z toną śniegu i mrozu, dla mnie tegorocznych drugi miesiąc 2015 będzie się kojarzył z muzyczną nawałnicą, jaką oferowała mi ósmego lutego w niedzielny wieczór trasa Ashes to Ashes – europejskim tourem Amerykanów z Chelsea Grin.

W ten dość zimny i śnieżny wieczór spodziewałam się pod sceną petard i fajerwerków. Znając możliwości kapel, które zostały zaproszone na tą trasę: Black Tongue, Veil of Maya i Oceans Ate Alaska – oczekiwałam show na najwyższym możliwym poziomie. Kiedy dwie pierwsze kapele były mi już znane – byłam całkiem zaciekawiona grą Brytyjczyków z Oceans Ate Alaska.james harrison Niestety, na zaciekawieniu się skończyło. W postaci wielkiej niewiadomej kapeli z angielskiego Birmingham ukazała mi się kolejna, tendencyjnie nudna grupa z Wysp Brytyjskich, jakich jest na rynku wiele. Starałam się – raczej nieskutecznie – przez cały set koncertowy przekonać do ich brzmienia, jednakże muszę pochwalić muzyków za energetyczny szoł, jaki zaprezentowali na scenie. Mimo tego, że wiele ruchów scenicznych podpatrzyli u innych kapel brytyjskich – miło oglądało się muzyków, którzy nie stoją z instrumentami i mikrofonem niczym słupy soli. Szkoda, że nie przełożyło się to na muzykę, która w moim mniemaniu była co najmniej bardzo przeciętna.Alex Teyen & Alex Koehler

Oceans Ate Alaska nie byli osamotnieni na trasie i kolejnym bandem, który zaprezentował się przed polską publiką była angielska kapela – Black Tongue. Ciężki, brutalny i przepełniony nienawiścią zespół z Hull to jest to, co mnie zwykle kupuje. Nawet do szaleństwa pod sceną nie zniechęcało tempo granej muzyki. Gdy beatdown jest charakterystycznie bardzo wolno jak na muzykę metalową grany, to z każdym dźwiękiem szarpanym na strunach gitar tudzież uderzanym w perkusję przez instrumentalistów czułam, że powolutku wszystkie moje wnętrzności wraz kośćmi żeber zamieniają się pył. Nawet brak basisty na scenie nie był aż tak odczuwalny. Brawo, show na bardzo wysokim, światowym poziomie. Do tego zagrane klasyki zespołu jak „Coma H.C.H.C”. czy też „Falsifier” tylko bardziej ubarwiły show. Myślę, że nie muszę dodatkowo wspominać o atrakcji w postaci dwóch członków internetowego zespołu Infant Anihilator zasilających skład Black Tongue. Ekscytację fanów można było zauważyć już przez koncertem, gdy ludzie zaczepiali Aarona Kitchera czy Eddiego Pickarda o zdjęcie, autografy czy też chwilę zwykłej rozmowy.marc okubo

Gdy składy europejskie skończyły grać, nadszedł czas na długo wyczekiwanych przeze mnie „czarodziejów” z Chicago – Veil of Maya. Jakiś czas temu zostało ogłoszone, że band rozstał się z dotychczasowym wokalistą – Brandonem Butlerem. Muszę szczerze przyznać, że przeżyłam wtedy lekki szok, bo ów „krzykacz” był dla mnie dopełnieniem brzmienia tej czwórki. Z niecierpliwością czekałam na jego zastępcę, którym okazał się prawie nikomu nieznany Lukas Magyar. Trochę obawiałam się, że nowy chłopak w składzie może nie dorównać kunsztowi gry pozostałych muzyków. Na szczęście, myliłam się. Ciekawa barwa krzyków Lukasa tylko podbudowała odbiór koncertu. Szkoda, że trochę mało poruszał się po scenie, gdy gitarzyści – Marc Okubo i Danny Hauser szaleli po scenie idealnie zsynchronizowani. Plus sztandarowe kawałki, jak „It’s Not Safe to Swim Today” czy chociażby mój ulubiony „Punisher” z dozą nowości już nagranych z nowym wokalistą –  to było właśnie to, czego moje uszy oczekiwały.

Nadszedł czas na główną gwiazdę wieczoru. Chelsea Grin to już marka sama w sobie. Osobiście miałam okazję obejrzeć ekipę z Salt Lake City po raz czwarty, lecz ogromną niespodzianką dla mnie było pojawienie się trzeciego gitarzysty na scenie. Gdy to miejsce jest zawsze zarezerwowane dla Dana Jonesa, który aktualnie drugi rok nie pojawia się na scenie przez obowiązki szkolne (Dan studiuje medycynę – przyp. red.), na jego miejsce „wskoczył” znany z bycia technicznym kapeli oraz muzykiem z Consumed by Silence, Stephen Rutishauser. Myślę, iż jego obecność na scenie była zbędna, gdyż stał w jednym miejscu i stanowił po prostu tło dla reszty stałego składu. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że w przypadku (dosłownie) magicznej gry Jasona Richardsona (ex Born of Osiris, All Shall Perish) wypadał niezwykle blado – jak gitarzysta kapeli z ligi B. Lecz chciałabym w tym momencie bardziej skupić się na dwóch jasnych punktach Amerykanów z Utah – wspominanym wcześniej Jasonie i wokaliście Alexie Koehlerze. O ile ktoś z was, drodzy czytelnicy, interesował się poprzednimi projektami Richardsona – czy to Born of Osiris, All Shall Perish albo jego solowymi wyczynami – wiecie, co ten muzyk potrafi. Prawdę mówiąc, nigdy nie przywiązywałam szczególnej uwagi do jego gry na instrumencie, aż do tego koncertu. Słysząc wiele pochwał i oglądając poprzednie występy Chelsea Grin, ustawiłam się naprzeciwko muzyka i dostałam czystego olśnienia i osłupienia. Wow, to co ten chłopak wyrabiał z gitarą – to nie było ludzkie. Palce bezbłędnie śmigały po strunach, jak i po progach jego gitar, absolutnie nie pojmowałam tego zjawiska. Przepiękne przejścia, harmonie i solówki w jego wydaniu to jest coś, co każdy fan tego typu muzyki musi sobie wpisać w notatnik jako „a must be” do zobaczenia. Pozaziemska magia. Taki kunszt gry widziałam tylko słuchając ówcześnie występów Johna Browne z Monuments, Kuby Żyteckiego z Disperse czy również wspomnianego wcześniej Marca Okubo z Veil of Maya. Niesamowite, że tak młody człowiek ma takie umiejętności i talent. Serce raduje się oglądając takie muzyczne cuda na żywo.Jason Richardson

Chciałabym to samo powiedzieć o wokaliście formacji, ale nie sposób chwalić coś, co z roku na rok brzmi niczym równia pochyła w dół. Alex Koehler jest albo uwielbiany przez tłumy albo nienawidzony. W moim przypadku jest tak, że gdy zaczynałam swoją przygodę z jego formacją, urzekały mnie świetne, wysokie krzyki, dopełnione równie dobrymi growlami. Niestety, z biegiem lat co raz bardziej mam wrażenie, że chłopak zaczyna się straszliwie wypalać przez brak dobrej techniki wokalnej. W Proximie pokazał to, czego, niestety, się spodziewałam i co wyszło potem na materiale wideo, który nagrałam. Kompletnie wypalone growle, jego słynne krzyki brzmiące jak u początkującego albo i u kogoś, kto sobie absolutnie z tym nie radzi. Miałam wrażenie, że na tle warstwy instrumentalnej jedyny oryginalny członek pierwszego składu Chelsea Grin jest piątym kołem u wozu. Szkoda, bo hity zespołu jak „Recreant”, „Cheyne Stokes”, „Sonnet of the Wretched” czy „My Damnation” nie były tak ciekawe, jak w przeszłości.

Ogólnie całe show w wykonaniu kapel mogłabym ocenić na 7/10. Były mocne punkty, jak i te słabe w występach artystów, lecz ogólne wrażenie po koncercie jest jak najbardziej na plus. Bez wątpienia przyczyniło się do tego również miejsce, w którym były rozgrywane koncerty. Warszawska Proxima to klub z najwyższej półki przygotowany na średnie wydarzenia. Świetne nagłośnienie, jak i gra świateł buduje wysokiej klasy eventy. Szkoda, że frekwencja w naszym kraju już się na jakość nie przekłada. W niedzielny wieczór nie było zbyt dużo ludzi, aczkolwiek miłe dla oka było grono młodych osób żywo bawiących się pod sceną. Dobrze, że rośnie generacja fanów takiej muzyki i pojawia się na koncertach, gdy Ci starsi wybierają koncerty wprost z Youtube. Warto było wybrać się do stolicy na tak przyjemny wieczór z dobrą muzyką w tle.

Tekst i zdjęcia: Karolina Miszta