CATTLE DECAPITATION – Mało grania, dużo muzyki

Już po facebookowych zapisach wiadomo było, że środowy wieczór w Progresji nie będzie należał do najbardziej zatłoczonych. Szczególnie na początku pustki mogły razić, jednak przesunięcie sceny, przygaszone światła i w miarę żywiołowe reakcje publiczności prawie skutecznie maskowały frekwencyjne braki. Mając w pamięci niedawny Deathcrusher Tour, kiedy to Progresja pękała w szwach, ze swojej egoistycznej perspektywy nie narzekałem, bo proces piwo – sikanie przebiegał nad wyraz bezboleśnie, a i kolejki do szatni nie uświadczyłem.

Suffocation, Cattle Decapitation, Abiotic, The Convalescence, Progresja, Warszawa, 02.03.2016r.

Najpierw małe wyjaśnienie – i z założenia i ze względów czasowo\organizacyjnych wybierałem się jedynie na długo oczekiwane Cattle Decapitation, udało mi się jednak dotrzeć nieco wcześniej. Zapowiadane The Convalescence nie wystąpiło. A może wystąpiło, ale ja tego nie zanotowałem. Patrząc na ich zdjęcia nie żałuję, choć może nie należy oceniać książki po okładce — że tak pozwolę sobie posłużyć się starym porzekadłem.  Abiotic to techniczny death metal. Fakt — łamańce na gryfach i ogólna rzeźba — tego typu zespoły mają swoich wielbicieli, do których ja się bynajmniej nie zaliczam, więc dosyć szybko udałem się do baru celem uzupełnienia płynów. Metalowcy z Miami grali jednak krótko i już niebawem na scenie zaczął instalować się mój osobisty faworyt tego wieczoru, czyli Cattle Decapitation.cattle2

Po krótkim intro kwartet ze słonecznej Kalifornii, kolokwialnie rzecz ujmując, dojebał. Mało gadania, dużo muzyki. I zero nudy, co w tym typie mielenia wcale nie jest oczywistością. Poza specyficznym drajwem, duża w tym zasługa doskonałego wokalisty, który od “świni” płynnie przechodzi w melodyjny ale bardzo charakterystyczny śpiew. W nielicznych gadkach do publiczności Travis Ryan wspominał, że grają od 20 lat i nie wie dlaczego do tej pory nie dotarli do naszego kraju, ale są zadowoleni, że w końcu się udało. W przekrojowym secie nie zabrakło oczywiście numerów z dwóch ostatnich, moich ulubionych wydawnictw zespołu, czyli z “Monolith of Inhumanity” i “The Anthropocene Extinction”. Ten zespół to starzy wyjadacze i klasa sama dla siebie, zatem ci, którzy przybyli nie mogli być rozczarowani. Technika, doświadczenie i zaangażowanie to mikstura idealna. Grindowy uśmiech rozrywał usta. Cattle Decapitation konsekwentnie od 1996 r. budują swoją markę i śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że gra w swojej własnej lidze.cattle1

Po chłopakach z San Diego musiałem opuszczać koncert. Załapałem się na jedynie kilka taktów Suffocation i, chociaż nie jestem ich wielbicielem, słychać, że byli w formie. “Taki Slayer na sterydach” — rzucił typ stojący koło mnie. Nie wiem, czy trafnie, ale wyglądał na wyraźnie zadowolonego, a to najważniejsze. Pomimo wczesnej pory zadowolony wytoczyłem się z klubu — dostałem to, czego chciałem, bo czasami nic tak dobrze człowiekowi nie robi jak porządny, death-grindowy wpierdol. Zwłaszcza taki na najwyższym poziomie.

Słuchał, pstrykał i komentował Łukasz Szymański