BRUTAL ASSAULT – festiwalowy piknik

Przekwitło lato odeszło, ogniska już dogasa blask, a trzech dziadów borowych wciąż snuje nieciekawą, ale za to zbyt długą gawędę o tym, jak to byli na festiwalu muzyki metalowej, i co tam widzieli i słyszeli… Podejdźże dziatwo, a Tres Deliquentes: Bartek, Michał i Kuba wyłożą swoje wrażenia z tegorocznej edycji Brutal Assault Festival, byście mogli znów zadziwić się, że są tacy, dla których odpoczynek to stanie przez trzy dni w tłumie, skwarze i hałasie nie mającym nic wspólnego z muzyką dla normalnych ludzi.

Czwartek, 09.08.

Na dobry początek tegorocznego Brutal Assault stałem się mimowolnym świadkiem koncertu Totem, który przyswoiłem lewym okiem i uchem w kolejce po festiwalowe środki płatnicze. Trudno mi sensownie ustosunkować się do ich muzyki, która jest mi tak skrajnie obojętna, że po scenie równie dobrze mógłby hulać wiatr i taczać taczanki. Publika wyglądała na ukontentowaną, mi natomiast rzuciła się w uszy wstrząsająca konferansjerka wokalistki Totem – „This is the last song! It calls: (…)”. Rozumiem, że to koncert, a nie egzamin na Filologię Angielską, ale przez lata wycierania tylu scen można by przynajmniej fonetycznie przyswoić podstawowe zwroty z języka, który nie jest jakąś czarną magią. Cóż poradzić – piosenka wzywa, Totem gra, Polak znów udowadnia, że potrafi. (BC)

Liczyłem na to, że totemiczny absmak przepędzi Toxic Holocaust, niestety – nie porwał mnie ich występ, choć teoretycznie jest to muzyka idealna na koncerty. Sam do końca nie wiem, czego zabrakło. Może naprawdę porywających riffów, wbijających się w głowę kawałków, mocnych wokali w miejsce tego pohukiwania? Ile by się wuj Fenriz nie nachwalił, nad koncertowym obliczem Toxic Holocaust unosi się ten sam lekki swądek sztuczności, co nad ich studyjnymi dokonaniami. Niby wszystko brzmi jak trzeba, ale to jednak jest taka formalna wydmuszka. (BC)

Przyjmijmy zatem, że faktyczną pierwszą salwą i szarżą alikwot był recital General Surgery – zespołu, który musiał powstać z myślą o mnie, nie widzę innej opcji. Wiele lat temu, gdzieś za morzem ktoś przewidział, że ten gnojek z Gdańska pokocha kiedyś grindcore i szwedzką odmianę death metalu, a połączenie tych gatunków będzie strzałem w dziesiątkę – tym bardziej, że nikt inny jakoś na ten patent nie wpadnie… Mimo zawiłej historii i nieimponującego dorobku, tych pięciu ufajdanych juchą dżentelmenów napierdala jakby mieli po 20 lat i deski im się pod kapciami paliły. Nowsze („The Ambulance Chaser”) lub całkiem nowe (z nadchodzącej EPki – tytułowy „Like an Ever Flying Limb”) numery, mimo ewidentnie deathmetalowego zacięcia nie odstawały jakością od bardziej „patologicznych” klasyków z „Necrology”, a dopchnięcie setlisty kowerami Carnage i Repulsion ostatecznie przekonało wszystkich zebranych, że przeszczepy to lipa, ale pobieranie organów to jest to. (BC)

Po miłym dla ucha post-carcassowskim szwedogrindzie przyszła pora na klimaty doomowo-core’owe. Mam wielką słabość do ekipy Kirka Windsteina, dlatego mocno napaliłem się na ten koncert. „Mamy tylko 25 minut, więc gramy bez zbędnego pierdolenia, a potem idziemy pić”, rzucił ze sceny masywny brodacz, po czym poleciały największe hity zespołu, na czele z kultowym „All I Had I Gave”. Wspaniale zabrzmiało „Planets Collide” i promujący ostatnią płytę „The Cemetery Angels” zagrany na zakończenie. Podobnie jak w przypadku oglądanego dwa lata wcześniej brutalowego występu Monstrosity poczułem ogromny niedosyt, bo te parę utworów nie mogło zaspokoić głodu prawdziwego fana Crowbar. Cóż, pozostaje tylko pozazdrościć mieszkańcom Warszawy, którzy dzień wcześniej mieli okazję obejrzeć klubowy koncert z Kirkiem i spółką w roli gwiazdy. (MS)

Od kiedy zakupiłem kasetę licencyjną „Wiseblood”, koncert Corrosion of Conformity stał się moim mokrym snem, na który przyszło mi czekać pół życia, z czego dobrych kilka lat wydawało się, że już „po ptokach”. Nie czarujmy się, po kilku ostatnich płytach wersja COC „bez Keenana” jest uboższa, ale zespół wybrnął z tej średnio komfortowej sytuacji najlepiej jak potrafił, co potwierdza i nowy album, i ujawnienia koncertowe. Przede wszystkim, tercet Dean/Weatherman/Mullin, choć ma łącznie tyle lat co Tadż-Mahal, gra na scenie jak banda gówniarzy jamujących w garażu, w stosie butelek i niedopałków – swobodnie, z radochą i feelingiem z bagien Luizjany. Po wtóre, chłopaki bez kompleksów bazują na „swoim” repertuarze, czyli utworach z nowej płyty, „Technocracy” i „Blind”, po hity z „pepperowej” ery („Deliverance”) sięgając na zasadzie smaczku. Stingopodobny Mike Dean nie jest może najlepszym ersatzem Peppera z możliwych, brakuje też tych genialnych kawałków, które wyrwały zespół z punkowego getta, ale w tym wydaniu jest to najlepsze COC, na jakie możemy liczyć – może i pod wieloma względami niedoskonałe, ale w cudowny sposób cofające tatuśkowatych muzyków z powrotem w erę garażowego luzu, który z nikim się nie ściga. Fajny, pozostawiający niedosyt, ale z pewnością krzepiący koncert. (BC)

Przyznaję się bez bicia, wielkim fanem Lock Up nigdy nie byłem. Nie mogę powiedzieć, żeby grali kiepsko, ale ich płyty nigdy nie robiły na mnie takiego wrażenia jak albumy macierzystych formacji członków tego projektu (wliczając w to Cradle of Filth z czasów z Barkerem w składzie). Pamiętałem jednak ich bardzo dobry występ na 15. edycji Brutal Assault, a głównym argumentem za tym, by obejrzeć ich po raz drugi było to, że na koncertach grają także dwa utwory Terrorizer. Tym razem pora była jakby mniej sprzyjająca i wykorzystany jako intro motyw z genialnego „Fallen Angel” Possessed nie zrobił już takiego wrażenia jak kiedyś w godzinach nocnych. Ale jakie to miało znaczenie, jeśli zaraz po nim rozpętał się prawdziwy huragan, który mógłby zerwać strzechę z niejednego domu? Może nie klękam przed ich płytami, ale na żywo są znakomici i jeśli ustępują pod tym względem Napalm Death, to tylko o włos z głowy Nicholasa Barkera. Całej setlisty nie przytoczę, ale na pewno poleciały „The Jesus Virus”, „After Life in Purgatory”, „Brethren of the Pentagram” i wspomniane wcześniej terrorizerowskie „Storm of Stress” i „Fear of Napalm”. Nie jest łatwo zastąpić nieżyjącego muzyka, szczególnie jeśli jest to ktoś tak ceniony jak Jesse Pintado, ale Anton Reisenegger zdecydowanie daje radę. Nie powinno to zresztą dziwić zważywszy na to, że to jeden z filarów chilijskiego Pentagram. Jednak największym bohaterem tego koncertu był dla mnie Tomas Lindberg, którego pojawienie się na scenie za każdym razem (a zrobił to podczas tego festiwalu przynajmniej trzykrotnie) zwiastowało coś genialnego. Jak dla mnie był to zdecydowanie najlepszy koncert tego dnia i jeden z najlepszych na całym tegorocznym Brutal Assault. (MS)

Krisiun nie zawiódł, czego nie można powiedzieć o człowieku odpowiadającym za nagłośnienie. Nie to, że z brzmieniem było coś nie tak, ale człek ów zapomniał w odpowiednim momencie wyłączyć intro, w związku z czym muzycy przerwali pierwszy utwór w połowie i zaczęli go grać od początku. Kiedy bodajże na wysokości trzeciego kawałka ze sceny padło po raz drugi wściekłe „Cut the fuckin intro!”, trudno było dziwić się irytacji muzyków. Pomijając jednak tę małą wpadkę techniczną, sam koncert zdecydowanie zaliczyć można do udanych. Zróżnicowanie tempa utworów na nowszych płytach wyszło muzyce Krisiun na plus, bo w wydaniu koncertowym jest to ciekawsze niż atakujący od początku do końca blast. Tym niemniej największej radości dostarczył moim uszom kultowy „Ravager” ze znakomitej „Conquerors of Armageddon”. Muszę też powiedzieć, że o ile wielkim fanem triggerów nie jestem, o tyle w przypadku Krisiun charakterystycznie podbite brzmienie werbla zdecydowanie dodawało ich muzyce mocy. Trzej bracia dowiedli, że brazylijski metal wciąż ma się znakomicie, a z rodziną dobrze wychodzi się nie tylko na zdjęciu.  (MS)

Po występie Ministry obiecywałem sobie sporo. No, w każdym razie perspektywa usłyszenia na żywca kawałków z „Psalm 69” czy „Filth Pig” była bardzo zachęcająca. Okazało się jednak, że koncert ten będzie dla mnie jednym z większych, a właściwie chyba największym rozczarowaniem tego festiwalu. Mając w pamięci oglądane gdzieś tam w sieci fragmenty starych występów tej kapeli nastawiłem się na muzykę z kłami i pazurami, a tymczasem dostałem zgrabny szoł, w którym cała wściekłość była tak naprawdę mocno umowna. Na nic nie zdało się potężne brzmienie, skoro poruszająca się po scenie niczym tolkienowski Gollum postać Ala Jourgensena kojarzy się raczej z telewizyjną rodziną Osbourne’ów niż pierwszymi płytami Black Sabbath, jeśli wiecie co mam na myśli. Oglądając pociesznego lidera Ministry miałem wrażenie, że marzy raczej o ciepłych kapciach i telewizorze z pilotem, niż o zniszczeniu rodziny Bushów. Nie miałbym o to pretensji, gdyby był to koncert Tankard, ale od „buntowniczego” Ministry oczekiwałbym jednak czegoś więcej. Zespół akompaniujący Alowi dwoił się i troił, ale dobiegające z głośników wściekłe wokale nijak nie pasowały do rzekomo wydającej je z siebie postaci paradującej po scenie. Gdyby na dłużej zamknąć oczy, to może i byłoby to fajne, ale koniec końców po kilku utworach postanowiłem wykorzystać ten czas na załatwienie bardziej przyziemnych potrzeb, skoro na duchową strawę nie było co liczyć. I chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że najbardziej z tego koncertu zapadł mi w pamięć wielki gil, którego Al wystrzelił ze swojego nosa podczas jednego z utworów. (MS)

bombastyczni i lekkostrawni

bombastyczni i lekkostrawni

Przyjemność opisania koncertu Dimmu Borgir przypadła mi wyłącznie dlatego, że mi akurat przytrafiło się obejrzeć go w całości. Nie mam ochoty dorzucać tu własnej grudki łajna do wszystkich inwektyw, jakimi obrzucono zespół, zanim stało się to równie nudne, co on sam. Jaki Dimmu Borgir jest, każdy widzi i doskonale wiadomo, czego się po nich spodziewać na koncercie –  bombastycznego, lekkostrawnego black metalu, pełnego profesjonalizmu i fachowej, rutynowej do bólu roboty znudzonych rzemieślników. Najłatwiej byłoby napisać, że „wyszli, pograli i poszli”, trudno było cieszyć ucho zgrabnymi dźwiękami, kiedy zespół ewidentnie odwalał ćwiczoną latami chałturę. Najlepiej wypadła naszpikowana elektroniką, motoryczna „Puritania”, najgorzej – wszystkie fragmenty, w których porządne odegranie kawałków wymagało posiłkowania się chórami, czystymi wokalami i orkiestracjami puszczanymi z trupa. Brzmiało to cokolwiek pokracznie, ale decydując się na pompowanie brzmienia bajerami, Dimmu Borgir sami skazali się na rolę koncertowego półproduktu. Świat się zmienił, a Norwegowie, zamiast ucieczki do przodu, okopali się na swoich pozycjach i sumiennie podsycają gasnący płomyk gwiazdorstwa, który lata moment zdmuchnie im Watain. A wtedy „Mourning Palace” nada się już tylko do nucenia po pijaku na sentymentalnych imprezkach. (BC)

Wybór między oglądaniem Sick of it All a Inquisition nie był dla mnie prosty. Przeważyło jednak to, że tych pierwszych już w akcji widziałem, a o koncertach drugich wypowiadano się w samych superlatywach. Była to także dobra okazja do wybadania tzw Club Stage, czyli trzeciej, bardziej kameralnej sceny umieszczonej za polem, na którym rozstawione są stoiska z płytami. Klubem bym może tego nie nazwał, bo wyglądało to raczej jak wielki kontener, ale atmosfera wewnątrz rzeczywiście przypominała bardziej kameralne koncerty, co było miłą odskocznią od festiwalowego splendoru dużych scen. W pierwszej chwili wydawało się, że nie uda nam się wepchnąć do środka (patrząc po koszulkach uczestników festiwalu, Inquisition było tam najpopularniejszym zespołem po Dimmu Borgir), ale jednak dla chcącego nic trudnego. Co prawda zespół oglądaliśmy z pewnej odległości (a raczej jego głowy, bo scena umieszczona jest tam dość nisko), ale nie przeszkadzało to aż tak bardzo w odbiorze tej muzyki. Myślę, że był to jeden z nielicznych prawdziwie black metalowych koncertów na tym festiwalu, a „klubowa” atmosfera i nie do końca czytelne brzmienie jeszcze bardziej podkreślały diabelską aurę tego wydarzenia. Zaskakujące, że na żywo muzyka Inquisition brzmi tak, jakby w zespole grały nie dwie, a co najmniej cztery osoby. Chylę czoła i obiecuję już nigdy więcej nie robić sobie żartów z „żabiego” wokalu Dagona. (MS)

Występy Samael, Paradise Lost i Moonspell miały posłużyć mi wyłącznie do ustalenia w jakim stopniu proces artystycznego wypalenia zniszczył powyższe bandy. Podczas gdy Paradise Lost zaprezentował się jako trupa pogodzona z losem zespołu, który najlepsze lata twórczości ma za sobą, tak Samael urządził sobie na scenie ostatni apel dla rebeliantów przed zniszczeniem Gwiazdy Śmierci. Tu ciała zostały zmuszone do odbycia ognistej musztry pod wodzą kapitana Vorpha. Brzmieniowy monolit „Of War” czy „Reign of Light” wciskał w ziemię wszystkich stających w najbliższym polu rażenia głośników, niczym po uderzeniu wiązką z elektro-magnetycznego miotacza energii z filmu „Eraser”.  Pewność siebie stylowo odzianego w czerwień Vorphalacka, czy kobiece podskakiwanie Mas’a działały magnetyzująco. Stroboskopy ścinały głowy, z których posokę udawało dominujące na scenie czerwone światło. Z transowego wbijania kafarem mojego korpusu w ziemię wyrwały mnie dźwięki nieoczekiwanego „Baphomet’s Throne”, który wcale nie brzmiał archaicznie, dziwnie wpasowując się w elektroniczny Ordnung zespołu. Zespół zrobił dokładnie to, co powinien był zrobić: poza dostarczeniem dobrej zabawy, zachęcił mnie do zapoznania się (ponownie) z jego już nie blackmetalową, dotąd mniej atrakcyjną dla mnie twórczością. A to już coś znaczy. (KK)

Oglądane z odległości około 200 metrów Nile zabrzmiało w pierwszej chwili jak Encoffination i nie był to raczej efekt zamierzony. Jedynym ratunkiem okazało się dla nas podejście prawie pod samą scenę, gdzie dźwięk, choć nadal średnio czytelny, posiadał przynajmniej odpowiednie natężenie. Z nieodgadnionych dla mnie powodów ich występ miał najgorsze nagłośnienie na całym festiwalu. Zespół dwoił się i troił, ale efekty tego niekoniecznie docierały to tłumu zgromadzonego pod sceną. Znakomity w wersji studyjnej „Supreme Humanism of Megalomania” okazał się najsłabszym punktem występu, przegrywając nawet z tytułowym kawałkiem z niedocenianej „Ithyphallic”. Największą moc udawało się Nile osiągać w tych utworach, w których wspierali się monumentalnymi samplami. Cały czas jednak toczyli nierówną walkę z nagłośnieniowcem, choć chyba nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Na domiar złego ofiarą tej walki padła perkusja George’a Kolliasa, który próbując jakoś ratować sytuację zdecydował się odegrać „Sarcophagus” na jednej tylko stopie. Wypadło to nieźle, ale i tak widać było, że nie jest to ich najszczęśliwszy dzień. Trochę szkoda, bo gdyby nie wspomniane problemy, mógłby to być jeden z najlepszych koncertów tej edycji Brutal Assault. Cóż zrobić, bywa i tak… (MS)

idealna przestrzeń dla olbrzyma

idealna przestrzeń dla olbrzyma

Jako że przy każdej możliwej okazji przypominał wszystkim żywym organizmom, że Arcturus to najlepszy metalowy band na świecie, zlitowano się nad szaleńcem i dostał glejt na napisanie o ich występie, cytuję, „na kolanach”. Do samego rozpoczęcia koncertu nie wierzyłem w swoje szczęście, bo rozpad w 2007 roku wydawał się definitywny, a wizja obcowania z moim ulubionym zespołem w wersji live zbyt piękna, by być prawdziwa. Ok. Arcturus A.D. 2012 to ICS Vortex. Bez względu na to jak oceniane są jego dokonania z Borknagar i Dimmu Borgir, widząc to co działo się na scenie, utwierdziłem się w przekonaniu, że Arcturus to idealna przestrzeń muzyczna dla tego olbrzyma, a ten z kolei to najlepszy sternik tego kosmicznego okrętu. W trakcie występu Vortex, bawiąc się nie do końca poważną konwencją Arcturus, zgrywał się, podpuszczając publiczność do wykonywania quasi-operetkowych zaśpiewów a cappella, czy falsetowania w „Ad Absurdum”, z którymi ta radziła sobie znakomicie. Wykonywał przy tym ten swój przecudny niedźwiedzi walc, wyraźnie zadowolony z żywiołowej reakcji publiki. Największe owacje zdobył „The Chaos Path”, choć w mojej ocenie materiał z ostatniego krążka prezentował się absolutnie równorzędnie z klasykami pokroju „Master of Disguise”. Nie wiem co i jak musieliby zagrać, żebym dostrzegł choć jedną skazę w tym brzasku własnego szczęścia. Ukryci Sverd i Hellhammer zapewne grali z playbacku, bo brzmiało to zbyt perfekcyjnie, Knut Valle czarował spokojem i nieśmiałym uśmiechem, a Simen kilka razy spojrzał tylko na mnie wyśpiewując mi w uszko romantyczne „too much acid in these batteries leaking out its filthy grease”. Mam teraz o czym pisać w moim pamiętniku nastolatki. (KK)

Piątek, 10.08.

Wkurzyła mnie pora, którą przydzielono Incantation. Rozumiem, że to nie jest najpopularniejszy zespół na świecie, ale jednak warto by było w tym wszystkim uwzględnić charakter samej muzyki, która średnio się nadaje na piknik na słońcu. Na szczęście John z ekipą bez najmniejszych problemów wybrnęli z tej sytuacji, grając po prostu najlepiej jak potrafią. Owszem, ta muzyka stworzona jest do grania w jakimś zadymionym (niewykonalne chyba na terenie Unii Europejskiej) klubie, ale nawet w promieniach sierpniowego słońca potrafi ona przenieść słuchacza na samo dno piekła. Za perkusją zasiadł tym razem (znany niegdyś z Morpheus Descends, a obecnie z Funerus i Mortician) Sam Inzerra, któremu rola tymczasowego zastępcy Kyle’a Severna wyraźnie odpowiadała, bo uśmiech prawie nie schodził mu z twarzy. Pod sceną królowali nasi rodacy, co zostało odnotowane przez Johna między utworami. W setliście znalazło się miejsce zarówno dla starszych rzeczy w rodzaju „Golgotha” czy „The Ibex Moon” jak i dla pochodzącego z wydanej w 2010 roku EPki „Sacrificial Sanctifiction”. Można było ubolewać nad brakiem kultowego „Profanation”, ale tak naprawdę jedyne, czego teraz potrzeba do szczęścia ich fanom, to nowa płyta. (MS)

Chłopcy z Kampfar z lepszym powodzeniem mogliby zagrać w salce katechetycznej gdzie, jak sięgam pamięcią, siostry preferowały dyskretny półmrok sprzyjający rozkminianiu tajemnicy zbawienia. Nie taki znowu „evil” black metal w wykonaniu Dolk’a i spółki w oprawie słonecznego dnia nasunął mi skojarzenie z Wielkim Białym Ninją, w którego wcielił się Chris Farley. Niby to groźne, ale przez to, że egzotycznie wyglądające (nie noście nawet szczątkowego corpsepaintu w blasku słońca!), w przykry sposób pocieszne. A że muzyka Kampfar do najbardziej złowieszczych i nihilistycznych nie należy, toteż zespół bez wspomagania ze strony sił przyrody lub właściwego zaplecza w postaci zamkniętego dla dziennego światła klubu, choć rzetelnie się prezentujący, nie obronił barw norweskiego black metalu tak, jak bym sobie tego życzył. No cóż, trzeba mieć szczęście (albo nagrać „De Mysteriis…”), by zagrać na Brutal Assault „Freezing Moon” przy akompaniamencie pełni księżyca. (KK)

Greg Mackintosh to taki genialny gitarzysta bardzo słabego od wielu lat zespołu, który bawi się w średnio zdolnego wokalistę względnie sympatycznej kapeli grającej przyzwoity death metal, jakiego słuchał za młodu… Zapewne za parę lat Vallenfyre wyląduje tam, gdzie wszystkie gwiazdorskie kaprysy, ale póki co są daleko od granicy śmieszności, sprawiając raczej wrażenie pociesznej grupy rekonstrukcyjnej. Materiał z „A Fragile King” odegrany na żywo brzmi jak solidne, deathmetalowe rzemiosło przetykane momentami zajebistości, ale jednak z przewagą rzemiosła. Mackintosh chyba nie do końca odnajduje się w roli pozbawionego instrumentu wokalisty, bezładnie miotając się po scenie od statywu do odsłuchu i wyraźnie nie do końca radząc sobie z własnym głosem. Fantastycznie brzmiały za to charakterystyczne leady na zwolnieniach, przypominające rozpaczliwe, jadowite partie solowe z genialnego debiutu Paradise Lost. Gdybyż tylko Greg, zamiast fantazjować po 40-stce o demówkach Autopsy i Entombed, spróbował na nowo odkryć tamte wibracje i znów zagrać, jak nikt inny nie grał… Bywa i tak, że artysta wypiera się najlepszej rzeczy, jaką w życiu popełnił, rozmieniając się na starość między zachowawczy death metal a żenujące poprockowe odpady po legendzie. (BC)

„Zdejmij tę chujową czapkę” – zakrzyknął w stronę Marca Grewe jeden z moich kulturalnych rodaków. Fakt, pod względem wizerunku muzycy Morgoth odbiegają dziś nieco od death metalowych standardów, ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. I choć, podobnie jak w przypadku Vallenfyre, tutaj także pasuje użyte wyżej przez Bartka określenie „grupa rekonstrukcyjna”, koncert Morgoth nie miał prawa się nie podobać. Oczywiście o ile ktoś za młodu zasmakował w death metalu i nie myli mu się on z buczeniem generowanym przez jakichś przebierańców. Zestaw utworów bazował zresztą na rzeczach najbrutalniejszych, czyli na kultowym „Cursed” i epce „The Eternal Fall” („Pits of Utumno”, „White Gallery”). Trochę szkoda, że nie pojawił się ani jeden kawałek ze znakomitego „Odium”, ale źli ludzie mówią, że nie można mieć wszystkiego. Uczciwie muszę przyznać, że zespołowi nie udało się odtworzyć na żywo mrocznej atmosfery ich wczesnych płyt (być może była to po części wina niezbyt korzystnej pory koncertu), ale kawałki te zostały odegrane żywiołowo, a muzycy bawili się przy tym równie dobrze jak kotłujący się pod sceną fani. (MS)

O Suicidal Angels słyszałem sporo dobrego, skoro więc nadarzyła się okazja, postanowiłem sprawdzić ile w tych pogłoskach prawdy. Na początku nie byłem pewien, czy zostanę pod sceną na cały koncert, ale muzycy od razu zdobyli moje zaufanie koszulkami Bathory i Possessed. Co prawda autorska twórczość Sucidal Angels ciąży bardziej w stronę brzmień z Bay Area niż rzężenia ze szwedzkiego garażu, ale jest w tej muzyce ten charakterystyczny duch, który sprawia, że zaciśnięta pięść wędruje w górę, a twarz przebiega grymas zawieszony w pół drogi pomiędzy agonią a rozkoszą. Grany przez Greków thrash z pewnością nie jest niczym oryginalnym i podejrzewam, że w wydaniu studyjnym raczej by mnie to nie zachwyciło, ale koncert zagrali naprawdę dobry i ani przez chwilę nie żałowałem, że czasu tego nie poświęciłem na konsumpcję rozwodnionego piwa czy na kolejny „shitfun” w toi toiu. (MS)

Napalm Death - mordercze tempo

Napalm Death - mordercze tempo

Przed koncertem Napalm Death czułem się jak stara panna, co już dawno powinna, ale szczęścia w życiu nie miała, bo, w przeciwieństwie do mnie, co drugie dziecko oglądało ich na scenie co najmniej raz. Zaczęli, a ja już na początku nie nadążałem za morderczym tempem.  Poza wręcz popowym jak na ich standardy  „When All is Said and Done”, nie uświadczyłem ani chwili oddechu. Ostatni album Brytyjczyków reprezentowały wściekle brzmiące m.in. „Quarantined” i „Analysis Paralysis”. Szkoda tylko, że repertuar  z ich poprzedniego albumu, genialnego „Time Waits For No Slave” musiał (?) ustąpić namaszczonym tradycją „You Suffer” i „Scum”, zamiast zgrabnie uzupełniać set o bardziej progresywne elementy. Występ Napalm Death był dla mnie jednak z kilku powodów wydarzeniem skłaniającym do przygnębiających refleksji. Smutno mi było, widząc Mitcha Harrisa, który wydobywając te niby proste kwinty pokonywał odległości na gryfie z lekkością dla mnie jako gitarzysty nieosiągalną. „Smutno mi Boże”, bo w wieku Shane’a Embury zastaniecie mnie na rencie, z braku pożyteczniejszego zajęcia kończącego właśnie prace nad kolejnym w tym tygodniu prywatnym rankingiem gwiazd porno. Smutno zrobiło mi się, bo zdałem sobie sprawę jak osierocony w swojej autentyczności i uporze jest Barney, wyrzygując w nas „Nazi Punks Fuck Off” i podpierając się wulgarnym, ale nigdy prostackim komentarzem. Wreszcie zdołowałem się uciekając przed drugim niezależnym mosh pit’em. Inni wykonawcy błagają o jeden, Napalm Death z urzędu dostaje dwa. (KK)

Zajrzyjmy do klasyfikacji i statystyk. Najdłuższy pokonany dystans na scenie BA 2012: Jacob Bannon (obliczenia trwają). Najlepsze wykorzystanie lasso za pomocą przewodu mikrofonowego: Jacob Bannon. Osobiste największe zaskoczenie estetyczne: rzucająca się w oczy nadwaga Kurta Ballou. Najlepszy sobowtór basisty z Green Day: Nate Newton. Pierwsze miejsce w nieformalnie zorganizowanym memoriale Zwierzaka z Dr. Teeth And The Electric Mayhem: Ben Koller. Pod wieloma względami był to wyjątkowy występ. Być może na festiwalu o profilu hardcore’wym nie zrobiłby takiego wrażenia, ale tutaj Converge, wciśnięty między „szatanowców”, jawił się jako nowa siła zamierzająca pokazać jak traktuje metalowe schematy. Doskonale poukładane, oryginalne, zagrane z lekkim orgazmistycznym zacięciem, no cóż … napierdalanie. Intensywność „Jane Doe” czy „Reap What You Sow”, nadawana głównie przez bestię bijącą bezlitośnie w swoje bębny, nakazywała zadawać sobie pytanie co się dzieje i dlaczego taka masa dźwięków daję się upchnąć w dwie minuty kawałka, a przy tym ma to wszystkie niezbędne kończyny. I gdy po posiekaniu ludzi przestrojoną gitarą w „Worms Will Feed” i przejechaniu po tym, co z nich zostało buldożerem, wydawało się, że publika nie może już zostać zaskoczona, ze sceny padły słowa, które słyszałem będąc „dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze”: „Pound for pound I am the most vicious of all”. Na scenie pojawiła się biała czapka z daszkiem, potem rudy zarost i reszta Tomasa Lindberga. W uszach pierwsze dźwięki „Wolverine Blues” Entombed, w tył zwrot, a przed moimi oczami rozdziawione i jednocześnie ekstatycznie wykrzywione buzie redakcyjnych kolegów (a myślałem, że ciało tego nie potrafi). Żeby ktoś nie pomyślał, że był to najlepszy koncert tegorocznego BA, muszę wspomnieć o co najmniej średniej dyspozycji głosowej Bannona w partiach śpiewanych i chyba zbyt dużej ilości wolniejszych kawałków, które nieco przygaszały żar rozpalanego nitrogliceryną ogniska. (KK)

O koncercie Paradise Lost chciałbym już raczej zapomnieć. Zespół – poza Aaronem Aedy, który cały koncert wykorzystał jako darmową wizytę w klubie fitness – sprawiał wrażenie znudzonego tym, co robi. Gregor Mackintosh przyniósł na koncert usprawiedliwienie od rodziców dlaczego gra w Vallenfyre. Utwory z nowej płyty wypadły po prostu przeciętnie – ot, taki uśredniony, próbujący wskrzesić jakąś iskrę z tego dawno wygasłego paleniska materiał. Wywoływanie duchów z przeszłości w postaci „As I Die” czy mojego ukochanego „Forever Failure” subiektywnie powiodło się głównie ze względu na mój wielki sentyment do starego Paradise Lost. A Nicka Holmes’a zwyczajnie było mi żal. Skromny, wycofany gość, przyznać trzeba z kulturą próbował odpierać rzucone z publiki pod jego adresem „don’t be a pussy”. Nick nie urodził się wybitnym wokalistą i tego wieczoru postarał się to wszystkich zebranym fanom udowodnić po raz kolejny, mecząc przy tym siebie i raczej wyrozumiałą dla jego prób publikę. Po którymś z utworów zwrócił uwagę na „niebezpieczne” rozpalanie ogniska na murach twierdzy. W sumie fajne podejście – bawimy się odpowiedzialnie. Ale w tej swojej powadze i powściągliwości nie dawał ludziom sygnału „ja też dobrze się bawię”, a tego można by oczekiwać od rasowego frontmana, nawet jeżeli ten etatowo ma pławić się w smutku i rozpaczy. Ale nic to. Będę nadal pielęgnował sentyment do tej kapeli, bo stoi za nią kilka prawie wybitnych krążków. (KK)

O koncercie Gorguts pisać mogę jedynie z pozycji kolan, między którymi o festiwalową glebę obijała się moja szczęka, opuszczona przez cały czas trwania tego niezwykłego spektaklu. Kto by pomyślał, że tak techniczna i zasadniczo trudna w odbiorze muzyka może na koncercie powalić z mocą, której nie powstydziliby się najwięksi tego gatunku. Zaczęli od „From Wisdom to Hate”, była też „Nostalgia” i „Obscura”, było „The Erosion of Sanity”… i była magia, której pozazdrościć im może większość zespołów próbujących swoich sił w tego rodzaju muzyce. I jak tu zasnąć po takich wrażeniach? (MS)

Sobota, 11.08.

Anturaż Solstafir w stylu The Black Crowes w postaci warkoczy, kapeluszy i Telecastera wyglądał zjawiskowo na tle zespołów spod wizerunku Czarnych Zastępów/Kawalerii Szatana (ulubione podkreślić), zapowiadając coś wyjątkowego. Istotnie, riffy wydobywane na pokaźnej dawce Pavulonu i wyjątkowo leniwe wokale rozpaczliwie poszukujące śladów życia u osób odpowiedzialnych za sekcję rytmiczną znużyły chyba nie tylko mnie. I mógłbym na tym poprzestać chłostę, gdyby nie urokliwa właściwość wyjątkowości chwili, gdy wykonawszy ruch dłonią uzbrojoną w kubek z rumem w kierunku mych szlachetnych ust, jednocześnie strzeliły we mnie promienie ostrego czeskiego słońca i pierwsze dźwięki „Fjara”. Nagle wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce i to, co poczytywałem za nieinteresującą cechę zespołu stało się jego atutem. Trwało to do momentu gdy rum się skończył, a słońce lekko zaszło za chmury (albo odwrotnie). Trudno być fanem Solstafir. Występowania dalszych magicznych momentów w występie Islandczyków nie stwierdzono. (KK)

Immolation - koncert wybitny

Immolation - koncert wybitny

Podobno lider pewnego znakomitego polskiego zespołu grindcore’owego popłakał się kiedyś na koncercie Immolation, i wcale mu się nie dziwię. Jak żyję, nie widziałem na scenie lepszej kapeli deathmetalowej, która tak doskonale uosabiałaby sedno gatunku, a każdy ich koncert przeżywałem jak dziecko. W temacie prezencji scenicznej oczywiście nic nowego – czterech kolesi w czarnych koszulach, skromna oprawa konferansjerska i maksimum doskonale wykonanej, dzikiej rzezi z dna gatunkowego piekła. W setliście, obok standardowych przebojów („No Jesus, No Beast”, „Swarm of Terror”, „Dawn of Possession”, „Into Everlasting Fire”), dawno nie słyszany „Under the Supreme”, na dokładkę pajda z najnowszej EPki („What They Bring”), zapowiedź nowego albumu na początek 2013… tyle i aż tyle, ot, kolejny wybitny koncert Immolation, cała konkurencja znów wlecze się z tyłu peletonu. (BC)

Iść na koncert Six Feet Under tuż po obejrzeniu Immolation to tak jakby po seksie z piękną kobietą rzucić się na słabo napompowaną gumową lalę. Przy całym szacunku, jaki mam do Chrisa Barnesa za jego niegdysiejsze dokonania, jego „nowy” zespół nigdy nie wspiął się na poziom porównywalny do tego, jaki prezentuje ekipa Rossa Dolana. Sami zresztą mają chyba tego świadomość, skoro swój koncert zaczynają i kończą utworami Cannibal Corpse, zamiast wykorzystać „na wejście” coś z własnego repertuaru. Inna sprawa, że daleko tym kowerom (choć Chris mógłby się może spierać, że gra własne utwory) do wersji granych przez samych Kanibali. Ale nie powiem, miło było posłuchać „Stripped, Raped and Strangled” z wokalami „Krzysia”… do momentu, kiedy zaczął wydawać z siebie pisk rozdeptywanej myszy, przy którym nie sposób było nie popłakać się ze śmiechu. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby był to zły koncert. Nie, był całkiem przyzwoity, ale na tle znakomitych występów innych gwiazd tego festiwalu wypadł raczej blado. (MS)

Chłód i stacjonowanie jednostki bojowej niedaleko Budvar Club Stage, na tyłach wroga, zmusiły mnie i starszego szeregowego Krzysztofa do schronienia się w tym niepozornie wyglądającym miejscu. Przypadkowe i przymusowe pojawienie się na koncercie jakiegoś tam My Dying czy Me Dying (po sprawdzeniu zdjęć w aparacie gremialnie ustaliliśmy, że to Watch My Dying) skończyło się naszym szaleństwem pod sceną w rytm wysmakowanego miksu new metalu, elektroniki i lekko blackmetalowych wokaliz. Może to chęć rozgrzania zmarzniętych kości, a może specyfika koncertu na małej scenie, gdzie artysta i głośniki są na wyciągnięcie ręki, sprawiły, że ta bliskość obcowania z mega energetyczną muzyką miotała nami po tym baraku jak lis kurczakami. Do tamtej chwili sceptycznie podchodziłem do pomysłu kolejnej, tym razem małej sceny na Brutal Assault, bo przecież liczą się tylko gwiazdy grające na dużych scenach. Wizyta w metalowym baraczku okazała się cenną lekcją pokory. (KK)

Trzeci rok będzie, jak się At The Gates żegna z fanami, napełniając przy okazji miedziakami nieco przewietrzony mieszek. Daj im panie Boże zdrowie, a Tompie wątrobę, bo zasłużyli na każde ojro, a drugiego takiego zespołu nie było i nie będzie! Nic z jadu nie straciły te melodie, a Tompa przez lata wyrósł na rasowego pancura, co tylko przydaje starym utworom dodatkowego sznytu energii. Daniem głównym jest oczywiście porywający tłumy repertuar ze „Slaughter of the Soul”, a kawałki w rodzaju „Raped by the Light of Christ”, „All Life Ends” czy „Kingom Gone” przypominają, jakim genialnym kompozytorem był Alf Svensson i jak niedopieszczone są wciąż dwie pierwsze płyty Szwedów. Może trochę zabrakło mi kowera Discharge tak na popitkę, ale to żadne zastrzeżenie, bo koncert był rewelacyjny – zdarte gardło mi świadkiem. (BC)

najbardziej okazały show festiwalu

najbardziej okazały show festiwalu

Do dziś zastanawiam się kto mógłby w moim osobistym brutalowym rankingu przebić koncert Immortal, gdyby ten nie ograniczył się do rzucenia publice ochłapu w postaci „The Call of The Wintermoon”, rezygnując tym samym z arcydzieł płodzonych na pierwszych trzech płytach zespołu. Głowię się też, o ile bardziej uwiodłyby mnie te mniej pożądane dźwięki Immortal, gdyby nie chwilowe załamanie mojej formy, przejawiające się w zadawaniu sobie w trakcie koncertu pytań w rodzaju „czy bardziej jest mi zimno, czy bardziej boli mnie żołądek”. Wizualnie najbardziej okazały show festiwalu wypełniły ogień, dym, konferansjerka podpitego Jacka Sparrow’a i jego karaluszy taniec. Luz i pewność tego, co i jak grają, nie wiedzieć czemu, przypominały mi zeszłoroczny występ Motörhead. Wszystko było na swoim miejscu i tak jak trzeba; nie dziwił w tej czasoprzestrzeni pokraczny troll ścinający głowy swoim tępym toporem. To był jego las, a my byliśmy zaledwie tolerowanymi intruzami w tym abbathowym świecie. Wreszcie było piekielnie, duszno i brzydko (czyli pięknie), a za sprawą takich hitów jak „One by One” czy „Damned in Black” – porywająco.  Immortal nie musieli uciekać się, jak choćby Machine Head, do pogadanek, intr, żeby stworzyć zamierzony klimat; wystarczyło kilka wzmocnionych chorusem dźwięków gitary i wiadomo było, że piekło leży gdzieś tam, na północy Europy. Gdy taki Machine Head (uczepiłem się tego dziwnego porównania) próbował pokazać na scenie moc i agresję – u Immortal one tam po prostu już były. Cytując Morfeusza z „Matrix” – „Don’t think you are, know you are”. (KK)

genialny występ

genialny występ

Niepodobna na chłodno opisać koncert, od proroków ogłoszony, od narodów upragniony, którego wypatrywało się od miesięcy, i który w dodatku przeskoczył najśmielsze oczekiwania. Jak bardzo koniunkturalny nie byłby powrót Godflesh na scenę, tak genialny występ uzasadnia każdą kopiejkę wyssaną przez Broadricka z kieszeni wiernych fanów. O ile pierwsze podrygi sceniczne po reaktywacji były podobno nienajlepsze, koncert na Brutal Assault był nie tylko najlepszym gigiem na całym festiwalu, ale i jednym z moich prywatnych „koncertów życia” (ale to już kwestia osobistych podniet). Brzmienie było tym razem na medal, automat perkusyjny tłukł do krwi z uszu, a JKB ani na chwilę nie rozrzedził nastroju technologicznej apokalipsy mizdrzeniem się do kochanej publiki. Mimo wieloletniego babrania się artysty w shoegaze’owym budyniu, „Like Rats”, „Mohra” czy zagrany na dobitkę „Crush My Soul” wciąż są najdoskonalszymi katalizatorami zaszczucia i nihilizmu od czasów starych płyt Swans. Co warte zaznaczenia, koncert Godflesh był idealny także pod względem długości trwania – zaczął się i skończył dokładnie tak, jak powinien, biorąc na wzgląd jak wypalające jest to przeżycie dla fizycznej i psychicznej wytrzymałości. Znów wstyd mi za fanowską egzaltację, ale inaczej się nie da, wobec tak wybitnego, ocierającego się o absolut koncertu, jestem bezsilny jak ten szczur z piosenki Justina. Dawno muzyka na żywo nie zrobiła mi takiego kuku, i pewnie nieprędko zrobi. (BC)

O godzinie 1:40 w nocy na scenę wjechał na swoim pięciokołowym (?) obrotowym tronie Czral, który bez zbędnego wdzięczenia się do publiczności zaserwował w skupieniu największe, idealne do tańczenia przeboje Virus. Nawet przy dyskotekowym „Be Elevator” ruchy publiki, jeżeli ktoś zdobył się na dopasowywanie ciała do nutek, musiały bardziej przypominać wyjątkowo oszczędne przyruchy uszkodzonej maszyny, niż szalone metalowe pogo. Gibson Firebird Czrala wraz z dwiema innymi gitarami wysupływał kolejne pokopane dźwięki, a młodziutki basista (personalia nie są mi znane) swawolnie wygrywał swoje dźwięki tappingiem. I choć dla osób „postronnych” ów chłodny rock oparty bardziej na formie niż mocy mógł nie sprzyjać szczególnej zabawie, to ta zdystansowana emocjonalnie muzyka paradoksalnie nie wyzwoliła u mnie chęci rozwiązywania zadań matematycznych Czrala i spółki lecz poniosła pod samą scenę. Słyszałem zespół, który zaprezentował wysoką kulturę dźwięku: operował ciszą, pozwalał dokładnie wybrzmiewać instrumentom, szanował dźwięk. Na szczęście publiczność na czas koncertu zdjęła brudne buciory i z szacunkiem podeszła do wymagającej muzy. Nie było wyjścia… (KK)

Nie spodziewałem się, że dziadki z Sodom wparują na scenę z energią porównywalną do wyczynów Napalm Death z poprzedniego dnia. Szacunek mam do nich wielki i na pewno liczyłem na dobry koncert, ale to, co ci panowie wykręcili na zakończenie tego pięknego festiwalu wyciągnęłoby z grobu nawet najbardziej przegniłego i zdekompletowanego trupa. Niech żałuje ten, kto nie dotrwał do ich koncertu i nie zdarł gardła przy „Blasphemer” i „Outbreak of Evil”. Niech żałuje, kto nie usłyszał doskonale odegranego „Agent Orange”… Tak jak ja żałuję, że ze względu na późna porę i perspektywę zbyt krótkiego snu przed podróżą zmuszony byłem opuścić teren festiwalu nie czekając na koniec tego doskonałego występu. Ale to, co udało mi się z niego zobaczyć, będę pamiętał długo. (MS)

Podsumowanie

Brutal Assault staje się stałym punktem w mojej sierpniowej rozkładówce urlopowej. Słoneczna pogoda, przyzwoite koncertowe piwo i wyśmienite smażone brambory, wystarczająca ilość toalet, raczej krótkie kolejki przy bramkach i stoiskach. Budvar Club Stage to świetny pomysł, co przed rozpoczęciem festiwalu nie wydawało mi się takie oczywiste. Nie zakłócał odpoczynku od głównych scen, a można było zobaczyć tam z bliska interesujące, mniej znane bandy. In minus poczytuję męczący tłok wieczorem, który bardzo utrudniał przemieszczanie się nawet z dala od głównych scen. Obawiam się o dalsze losy festiwalu w Twierdzy Josefov, jeżeli organizatorzy zwiększą jeszcze liczbę biletów. Muzycznie zmiażdżyły mnie koncerty Arcturus, Godflesh, Gorguts (podium), Lock Up i Converge. Już czekam na ogłoszenie pierwszych kapel na kolejną edycję festiwalu! (KK)

piknik z piwkiem

piknik z piwkiem

Spotkałem się z opinią, że Brutal Assault swoją sielankową atmosferą przypomina bardziej rodzinny piknik niż festiwal metalowy z krwi i kości. Pewnie jest w tym trochę prawdy, ale odbieram to raczej jako plus tej imprezy. Może gdybym urodził się dziesięć lat później, to marzyłyby mi się koncerty w stylu wczesnych lat 90, gdzie bardziej od muzyki liczyła się alkoholowa destrukcja. Wszystko to już jednak zaliczyłem za młodu i jakoś mocno za tym nie tęsknię. Fajnie, że Brutal Assault to kilkudniowe święto muzyki, a nie tego, kto prędzej obrzyga kolegę (choć spragnieni tego typu wrażeń na pewno by je znaleźli, bo od czasu do czasu dało się zauważyć pod murem jakieś pijane zwłoki). To wszystko nie byłoby jednak nawet w połowie tak fajne, gdyby nie ludzie, z którymi dane mi było w tej zabawie uczestniczyć. Tu szczególne podziękowania należą się dla moich towarzyszy podróży (dzielnie znoszących moje growlowanie przez sen), ale także dla wszystkich nowo poznanych i ponownie napotkanych metalowych dusz. Niech moc będzie z wami! (MS)

Pod pewnymi względami, Brutal Assault sięgnął szczytu swych możliwości. Brzmi to smutno, ale po zeszłorocznym koncercie Mötorhead, serwowanie Machine Head i Dimmu Borgir jako dań głównych pozostawia spory niedosyt. Nic w tym dziwnego – podaż tzw. „gwiazd” jest wbrew pozorom dość ograniczona, w dodatku są to przeważnie zespoły przypisane do określonej epoki, które dryfują na popularności zdobytej co najmniej dziesięć lat temu. Najbardziej wciąż cieszą sprawdzone po wielokroć kapele, których czas się nie ima (Napalm Death, Immolation, Incantation) oraz druzgocące powroty wielkich przedwiecznych (At The Gates, Godflesh), i dla nich szósty rok z rzędu radośnie mitrężę urlop na podróże przez nudny, nizinny kraj. Co do publiczności, twierdza Józefów więcej luda już raczej nie pomieści, a z roku na rok coraz bardziej kolorowa gawiedź najaktywniej cieszy się melodiami, które już zna (fenomenalna frekwencja na koncercie Immortal), oraz przaśnymi żartami w stylu Arkona i Finntroll, które są odskocznią od „bardzo poważnego” metalu w takim stopniu, w jakim „Wyjazd Integracyjny” stanowi alternatywę dla „21 Gramów”. Mimo pewnych zastrzeżeń, Brutal Assault i tak jest najlepszym festiwalem metalowym „środka”, wciąż wzniecającym płomień gówniarskiej radości w niżej podpisanym zmanierowanym marudzie. (BC)

Refleksami dzielili się Bartosz Cieślak, Michał Spryszak i Kuba Kolan

Zdjęcia: Kuba Kolan, Krzysztof Nehring