BLINDEAD  –  emocje

Mało jest zespołów, które umieją zbudować na żywo taki klimat. Opierający się tylko i wyłącznie na muzyce i emocjom, jakie ona niesie a nie na tańczących panienkach, lateksowych ubrankach i pomalowanych mordkach.

Progresja, Warszawa 11.03.20011

Poszedłem na ten koncert tylko z uwagi na Blindead, więc wybacz drogi czytelniku brak opowieści o pozostałych zespołach. Złóż to na karb mojego nieprofesjonalizmu w piątkowy wieczór.
Blindead zagrał na dużej scenie, dobrze brzmiał, bardzo akustycznie, dobre były światła, sporo ludzi. Wszystko cacy… A ja, jak to ja, spodziewałem się, że coś będzie nie tak, że będzie „zamulanie”, że numery z nowego albumu nie „pojadą”, że nie padnę na kolana przed ścianą dźwięku, jaką produkują.
Jakie to piękne uczucie pomylić się: padłem na kolana. Było idealnie i perfekcyjnie a słowo definiujące to, co robi ten zespół to „emocje” –   wyświechtane i oczywiste, ale tak bardzo w tym przypadku celne. W gruncie rzeczy ich koncert można spędzić z zamkniętymi oczami odjeżdżając w krainę taką, jaka komu pasuje, tak plastyczna i głęboka jest to muzyka. Jeśli jednak otworzymy oczy zobaczymy miotający się na scenie zespół, który (chyba)… autentycznie przeżywa to, co gra, nie gorzej niż ich fani pod sceną. Rzadki to obrazek ostatnimi czasy, gdy widać, że kapela cieszy się swoim graniem i nie robi tego na pokaz, tak „by dobrze wyglądało”.
Nie będę rozkładał na czynniki pierwsze koncertu, nie pamiętam dokładnie, co było po czym, faktem jest, że odjechałem kompletnie. Opus magnum stanowiło absolutnie doskonałe wykonanie tytułowego numeru z ostatniej płyty („Affliction XXVII II MMIX”). Po nim kompletnie nic mnie już nie obchodziło…

PS. Gwoli dziennikarskiej nie – ścisłości dodam, że Blindead towarzyszyli w dźwiękowej krucjacie włoski At The Soundawn, HRV, Obscure Sphinx i Vidian…

Odpłynął Freak Kozodupnik

Zdjęcia Janek Fronczak