BEYOND THE MONOLITH – Różne bajki

Bywa, że przychodzi ten upragniony piąteczek – piątunio, kiedy w perspektywie weekendu mam wypad na jakiś lokalny koncert. I wtem pojawia się myśl, że strasznie mi się nie chce nigdzie iść, że chętniej posiedziałbym w knajpie albo został w domu. Wtedy wiem, że idę nie na ten koncert co trzeba. Osobliwie to uczucie towarzyszy mi, kiedy popychany sentymentem gnam na wykon jakiejś legendarnej kapeli z mojej młodości, i wychodzę z niego umiarkowanie rozgrzany. Z koncertu Samael zapamiętałem grającą na supporcie Furię, z Poison Idea – wybitny gig Castet, a z Carcass to, że chciało mi się spać. Wiadomości o koncertach Iron Maiden i Judas Priest dwa kilometry od domu przyjąłem ze wzruszeniem ramion. Hity dla starszych nastolatków, piknik z dawno nie widzianymi znajomymi, trzy tony kultu w pakiecie – wszystko to jest ok, ale po dobrą muzykę idę gdzie indziej. Na przykład na gdańską edycję trasy „Beyond the Monolith”, która od miesięcy wzbudzała to rzadko spotykane swędzenie ekscytacji.

Beyond the Monolith: Entropia, Merkabah, Ampacity. 30.04.2016, Gdańsk, klub „Żak”

„To nie jest black metal, bo mi się to podobało”, usłyszałem po koncercie Entropii. Niech i tak będzie. Mniejsza o szufladki, na scenie zespół rzeczywiście nie przypomina kapłanów czarnej sztuki, ale to też zupełnie inna kapela niż stremowani młodzieńcy od smutnego metalu, których nie tak dawno oglądałem w gdyńskiej „Desdemonie”. Zaostrzenie kursu muzycznego przemnożone przez doświadczenie koncertowe wybiło zespół o dwie ligi wyżej. Dziś to pewny siebie, doskonale zgrany i lekko nawiedzony zespół metalowy z psychodelizującym sznytem. Znany z Ufonaut transowy blackmetalowy rzęchot dowieziony został bodaj w całości, z mocą i wiarą we własną wizję. Energii nie przygasił nawet mocujący się z nagłośnieniem realizator, co i rusz spóźniający się z włączeniem mikrofonu wokalnego. Już dziś Entropia jest świetnym zespołem, ale z takim talentem i pracowitością, jestem przekonany, że najlepsze rzeczy mają wciąż przed sobą.

Entropia

Entropia

Człowiek W Czarnych Lennonkach mówił, że z w pierwszym rzędzie było słychać doskonale. Ale Człowiek W Czarnych Lennonkach to postać pierwszoplanowa, zaś mi, jako anonimowemu statyście czwartego planu pozostało wyławianie sensu z chaosu, jaki opanował pierwsze minuty koncertu Merkabah. W miarę klarowania się brzmienia szaleństwo muzyczne rosło, by pod koniec osiągnąć poziom dewastujący psychikę odbiorcy. Pamiętam wrażenie z zeszłorocznego występu na Fląder Festiwal – grupa znakomitych muzyków, którzy przez pół godziny szukają na scenie odpowiedniej wibracji, by w ostatnim kwadransie wykrzesać iskrę i odpalić wiązkę dynamitu. Tego wieczoru wulkan eksplodował już na starcie, a ogrywany podczas „Beyond the Monolith” nowy materiał wydaje się najbardziej ofensywnym w dotychczasowym dorobku Merkabah, bo wreszcie w tym wytrawnym matematycznym graniu pojawił się pierwiastek animalistyczny. I gryzie, i drapie jak najlepszy freejazz, industrial i noise. Czas pokaże czy tę dzicz uda się odtworzyć w warunkach studyjnych, ale na żywo Merkabah pali wioski.

Merkabah

Merkabah

Dla odmiany Ampacity od początku brzmiał tak, jakby cały klub „Żak” został wybudowany tylko po to, by mogli tam grać koncerty. I o ile wcześniejsze koncerty były bardzo dobre ze wskazaniem na znakomite, to trójmiejscy kosmici rozdali tego wieczoru karty. Niby była to najbardziej „gatunkowa” i konwencjonalna propozycja w tym zestawie, ale ten pozornie defaultowy space rock Ampacity stworzył na sali jakiś rodzaj niewypowiedzianej energii, porozumienie ponad podziałami w harmonii z wszechświatem. Nagle wszystkim dookoła cieszyły się gęby i skrzyły oczy, a po sali rozeszła się niewidzialna mgła pozytywnych emocji. Liczę, że Ampacity ogarnie się po zmianie klawiszowca (był to ostatni ich koncert z Markiem Kosteckim) i magia przetrwa. Zapis tego występu powinien zostać wysłany w kosmos w celu przekonania obcych cywilizacji, że nie warto niszczyć Ziemi pod budowę galaktycznej obwodnicy. Przynajmniej tak długo, jak długo ludzkość potrafi generować takie wibracje za pomocą muzyki, bo innych powodów nie widzę.

Ampacity

Ampacity

Śmieję się pod wąsem z moich znajomych, przyzwoicie zarabiających mieszkańców dużej metropolii, którzy co chwila jojczą na ceny biletów, że olaboga, siedemdziesiąt pięć złotych, skąd ja tyle wezmę. Wystarczy wyciągnąć głowę z własnej okrężnicy by odnotować, że w trójmieście można dwa-trzy razy w miesiącu pójść na zabójczy koncert w cenie paczki fajek. Oferta jest szeroka, od hipsterskiej psychodelii przez awangardę elektroniczną, punki po kucowy metal. Do tego trafiają się takie objazdówki jak „Beyond the Monolith”, zbierające świetne kapele, każda trochę z innej muzycznej bajki, a wszystkie artystycznie świeże i na fali wznoszącej. Jeśli ktoś woli sentymentalną wycieczkę to też znajdzie multum okazji, by przepłacić za koncert życzeń, ale w moim odczuciu te naprawdę ważne i wartościowe rzeczy buzują gdzie indziej. Na przykład tamtego sobotniego wieczoru w „Żaku”.

Słuchał i komentował Bartosz Cieślak

Zdjęcia: Aleksandra Kucia (Kraków, Alchemia)