BELZEBONG – Koncertowy Kraków goni Warszawę…

Sobotni wieczór w krakowskiej Schizofrenii (czyli dawnych Kazamatach) był nadzwyczaj udany. Rzadko bowiem udaje się spędzić tyle świetnych kapel na jeden koncert, a jeszcze rzadziej zdarza się, żeby każdy z grających zespołów celował w zgoła inną stylistykę. Występujący tego wieczoru skład w postaci ASTROLL, SATELLITE BEAVER, POKRAK, MOAFT i BELZEBONG bezsprzecznie udowodnił, że polska scena ma naprawdę wiele do zaoferowania…

BELZEBONG, MOAFT, POKRAK, SATELLITE BEAVER, ASTROLL – Kraków, Schizofrenia – 17.11.2012

Zgodnie z chwalebnymi polskimi tradycjami impreza wystartowała z ponad godzinnym opóźnieniem, co jednak z racji weekendowego terminu było jak najbardziej do przełknięcia. Wolny czas pozwolił na powierzchowną eksplorację lokalu, który cieszy bodajże sześcioma osobnymi salami, sporą ilością wygodnych miejsc siedzących, pomysłowym wystrojem i w miarę ludzkimi cenami piwa (jakość, niestety, już gorsza, chociaż nie dane mi było spróbować lanej Perły, wyjątkowo zarezerwowanej tego wieczoru dla grających zespołów… ech, sława).

Ok. 20.15 na scenie zaczęło wreszcie buczeć, a sprawcami zamieszania byli panowie z Astroll. Ekipa to młoda wiekiem i stażem, ale to nie przeszkodziło jej  w zaserwowaniu ok. 35 minut naprawdę soczystego stoner/doomu z riffami dziarsko nawiązującymi do złotych lat Black Sabbath. Niewiele dobrego jestem w stanie powiedzieć o wokalu (naprawdę warto rozważyć opcję instrumentalną, chłopaki…), za to muzyka broniła się dzielnie i pomimo kilku nieznacznych potknięć występ Astrolla skutecznie rozgrzał powiększającą się z każdym numerem publikę. Młodzi zdolni? Jak najbardziej…

Po przerwie przyszedł czas na Warszawskie Bobry, czyli Satellite Beaver. Tym razem bez gadżetowej rozpusty (powinniście widzieć, co ci ludzie wyprawiają na koncertach w swoim mieście…), ale za to solidnie i rock’n’rollowo. Koncert Warszawiaków to czysta energia połączona z radością z grania, która momentalnie udziela się publiczności (śmiem twierdzić, że z całego line-upu właśnie Bobry najbardziej rozruszały tłum). Ale nic w tym dziwnego – za tą energią kryją się naprawdę świetne kompozycje, na czele z materiałem z wydanego w tym roku „The Last Bow” (chłopaki zagrali m.in. fenomenalne „Roadtrip” oraz  „Pershing”, którym również bisowali). Pojawiły się też nowe numery, póki co bez wokalu, ale już zdradzające niemały potencjał. Satellite Beaver zagrali wzorowy, na maxa żywiołowy koncert i ku mojej radości wyznaczyli poziom, którego trzymali się wszyscy występujący po nich wykonawcy.

Kolejny był białostocki Pokrak. Słuchając ich debiutanckiego albumu „Selfinside” nie sposób nie usłyszeć choćby odrobiny wpływów Deftones. O ile jednak wpływy te na płycie są w zasadzie marginalne, na scenie nabierają zupełnie nowego wymiaru. Wszystko za sprawą wokalisty, który wygląda i rusza się jak szczuplejszy Chino Moreno. Nie, nie podobnie do niego, tylko DOKŁADNIE tak, jak on. Identyczny ruch sceniczny, identyczna ekspresja wokalna, tylko głos już inny… ale wrażenie pozostaje do samego końca. Nie ma jednak co się czepiać, bo Pokrak gra mimo wszystko po swojemu i żadne łatki nie powinny tej grupie zaszkodzić. Podczas występu prezentowali głównie materiał z debiutu, w tym rewelacyjny, momentalnie wpadający w ucho „Gravitating Souls” (przysięgam, że ten główny riff to wczesny Muse jak w pysk strzelił!). Odniosłem wrażenie, że część publiki podeszła trochę sceptycznie do scenicznej prezencji grupy (przyznaję, że nawet mnie odrzuciły „kocie ruchy”  klawiszowca z emo-grzywą), ale zdziwiłbym się, gdyby tak specyficznej muzyce nie towarzyszył równie specyficzny image. A że występ był energiczny i ze wszech miar profesjonalny (vide odsłuch douszny u wokalisty – wciąż rzadkość u rodzimych śpiewaków), naprawdę ciężko mi się do czegokolwiek przyczepić. Z radością zobaczę ich jeszcze raz.

Następny na scenie zainstalował się MOAFT. Jak dla mnie wielka niewiadoma – przed koncertem nie zdążyłem posłuchać choćby jednego numeru, kojarzyłem tylko mgliście, że ktoś kiedyś wrzucił ich do worka z napisem „post-metal”. Cóż, z tego worka wyskoczyło trzech nieokiełznanych wariatów, którzy momentalnie wgnietli mnie w ziemię mocarnym, walącym po mordzie brzmieniem. Jak zauważyliście, wcześniej nie wspominałem o nagłośnieniu poszczególnych zespołów, bo i nie było specjalnie o czym – kapele brzmiały poprawnie, ale bez fajerwerków. Dopiero MOAFT przypomniał zebranym, co znaczy słowo „ciężar”. Instrumentalne trio zaprezentowało intrygującą mieszankę post-metalu, sludge’u, technicznej rzezi spod znaku Meshuggah, subtelnej elektroniki a nawet kilku patentów śmierdzących na kilometr nu-metalem. W mojej opinii naprawdę ciężko jest ulepić z takich składników coś naprawdę ciekawego bez wokalu, ale z każdym kolejnym kawałkiem panowie z MOAFT coraz bardziej udowadniali mi, że srogo się mylę. Do tego niesamowita energia na scenie i co tu dużo mówić – byłem kupiony, podobnie jak płytka zespołu, która trafiła do mojej kieszeni zaraz po ich występie…

Belzebong w zielonych oparach

Belzebong w zielonych oparach

Podsumowaniem wieczoru był rytuał, jaki odprawił nam Belzebong. Kiedy scenę zalało zielone światło a powietrze wypełnił pochodzący nie tylko z maszyny dym, poczuć można było jakąś prastarą magię. Pomimo późnej pory i wyraźnego zmęczenia wśród publiczności (czego sam doświadczyłem…) warszawsko-kieleckie monstrum zagrało ze 100% zaangażowaniem, wzorowo łojąc swój przesiąknięty oparami marihuany doom. Nie bez przyczyny ten ansambl zdobywa coraz większą popularność nie tylko w kraju, ale też zagranicą – Belzebong jak mało który zespół potrafi przejechać słuchacza stutonowym walcem w taki sposób, że ten będzie błagał o jeszcze. Niestety pod koniec gigu część publiczności się wykruszyła i przed sceną pozostała tylko garstka zapaleńców. Mam nadzieję, że to, co usłyszeli utwierdziło ich w przekonaniu, że Belzebong to siła, której lekceważyć się nie powinno.

Mogę chyba bezpiecznie założyć, że stopień zadowolenia po sobotnich występach równał się co najmniej stopniowi mojego upojenia alkoholowego. A tak na poważnie – serce rośnie kiedy ma się świadomość, że w tak smutnym kraju jak Polska powstaje tak wiele świetnych kapel, grających tak dobre koncerty. W ilości podobnych imprez Kraków goni już dość mocno Warszawę, pozostaje więc tylko zacierać rączki i czekać na kolejne znamienne wydarzenie…

Bawił się Wojciech Kałuża