BARONESS – dobry, zły i przeciętny

W sobotę idziemy na koncert do klubu Loppen w Christianii. Twórczość Baroness jest mi ledwo znana, o dorobku artystycznym dwóch pozostałych kapel nie wiem nic. Za to wypada wspomnieć, czym jest klub Loppen. Aby tam trafić, trzeba przejść pod ceglanym łukiem, coś w stylu „żegnaj się z nadzieją”, przyświeca im również motto „going out of bussiness since 1973” trafnie oddające to, co tam się wyrabia. Koncert miał rozpocząć się o 21.00, godzinę później, kiedy wreszcie docieramy, udaje nam się zastać grupę kilkudziesięciu osób, oczekujących na otwarcie. Organizatorzy zostawili nam czas na piwko i papieroska. Jak miło. Na murku siedzi para i pije wino z kieliszków. Wszędzie menele. Obok, starszy, czarnoskóry mężczyzna z dreadami gra na gitarze i wydziera się do mikrofonu, fałszując przy tym niemiłosiernie – całą swoją energię przeznacza bowiem na utrzymanie postawy pionowej.

Baroness, Black Tusk, Royal Thunder 05.10.2013, Kopenhaga, klub Loppen (fragment dziennika)

Niebieskie ściany pokrywa gęsta siatka napisów, trzeszczą drewniane schody, nad samym wejściem jakiś zły człowiek nabazgrał swastykę. Wchodzimy. Klub jest długi i wąski, przeciwległa ściana niknie w ludzkim półmroku, scena malutka, przez nisko zawieszony strop biegną drewniane belki, można też walnąć się głową o wspornik. Ciasno, duszno, gorąco. Staje się jasne, że nie siądziemy, w gruncie rzeczy nie da się nawet podejść pod scenę. Kręcimy się chwilę pomiędzy zaimprowizowaną szatnią, barem i dwoma stoiskami z merchem, patrzymy sobie na przekrój undergroundowego społeczeństwa, lecz powoli wszystko to traci na znaczeniu – dochodzą do nas dźwięki mocne, prawdziwie metaliczne i szalenie emocjonalne. Ich źródłem jest Royal Thunder, którzy właśnie rozpoczęli swój recital. Uwagę skupia czarnowłose, wydzierane dziewczę obdarzone przez Szatana głosem jak pół wojskowego chóru. Niewielkie to stworzonko wydaje się być rozrywane przez dźwięki, które produkuje, gitarę trzyma jak kobrę i stąpa po rozżarzonych węglach. Jej powaga jest z powodzeniem łamana przez basistę, miarowo podskakującego w miejscu przez całą, niewygórowaną długość występu. Coś znakomitego, energia dojrzałych debiutantów, którzy wciąż chcą zdobywać świat. Tylko czemu tak krótko? Dwadzieścia minut i po ptokach. Pędzimy do stosownego stoiska, żeby nabyć płytę i koszulkę.BB

Niezwykła uroda budynku skłania do drobnej sesji zdjęciowej. Nowa książka za pasem, wydawca domaga się fotografii, pozuję więc na obskurnym pięterku, Agata cyka lustrzanką, a z Loppen dochodzi łomot, co oznacza, że Black Tusk rozpoczął swoją sztukę. Rozważam chwilę pokrętne, literackie pochodzenie tej nazwy, wracamy i okazuje się, że klub ma dla nas dwie niespodzianki, dobrą i złą. Dobra jest taka, że zwolnił się stolik. Zła – Black Tusk ciągle gra. W życiu nie słyszałem, żeby ktoś tak anemicznie napierdalał. Ci goście mają może ze trzy dobre pomysły (to dużo), lecz nie umieją ich opracować, wklejają w bądź co i chyba nie mają pojęcia, co właściwie chcą grać. Przynajmniej siedzimy. Jakaś dziewczyna wali Agatę krzesłem w głowę, oczywiście przez przypadek. Gnie się w ukłonach i zaraz powraca z piwem przeprosinowym. Zapraszamy ją do nas. Jest umiarkowaną Gotką i pochodzi z Islandii, studiuje w Kopenhadze i nawet ma chłopaka, milczącego brodacza zbierającego winyle. Studiuje administrację i znajdzie pracę w strukturach rządowych. Jej życie w tym momencie jest określone, jasne, do przewidzenia.

 ów mężczyzna kocha śpiewanie bardziej niż Krawczyk

ów mężczyzna kocha śpiewanie bardziej niż Krawczyk

Zespół kończy swój mizerny show, zbiera niezasłużone brawa i pozostaje nam czekanie na danie główne. Nad moja głową usadowił się wydzierany brodacz, odpowiedzialny za sprzedaż koszulek Black Tusk. O dziwo schodzą. Brodacz poci się jakby zaraz miał umrzeć, wyciera gębę koszulką oraz dyszy. Tymczasem, Agata gdzieś znika – posiało mi dziewczynę. Uzmysławiam sobie, że co jak co, ale Christiania nocą nie przypomina Watykanu, porzucam stolik i wyruszam na poszukiwanie. Te nie trwają zbyt długo, kończąc się na klatce schodowej, gdzie można palić papierosy. Baroness zaczyna grać, cedzą numer zna numerem, a my toczymy pasjonującą dyskusję z dwoma czterdziestoletnimi pijaczynami. Agata chce wiedzieć, co mogłoby skłonić lud duński do wyjścia na ulicę. Jakie draństwo, jakie przegięcie ze strony władz rozsierdziłoby ten spokojny naród? Nasi rozmówcy początkowo nie potrafią wyobrazić sobie niczego takiego, potem jeden z nich – bardzo mały, bardzo brudny i bardzo rozchwiany – przypomina sobie strajk piwny sprzed trzydziestu lat czy coś koło tego. Wówczas, pracownicy Carlsberga odmówili pracy i przez miesiąc nie dało się kupić piwska. Mój rozmówca ze zgrozą w oczach wspomina swoich rodziców, którzy musieli łódką pływać do Niemiec po browar. Od tego wspomnienia zaczyna trząść się jeszcze bardziej, gdyż nie wyobraża sobie życia bez piwa. Patrzę na niego i wierzę bez dwóch zdań. Przypominam jednak, że mógłby upijać się wódką. Wódka jest bardzo dobra do upijania się. Rozmówca zgadza się ze mną i mówi, że owszem, wódka jest znakomita, ale nie mógłby się nią upijać codziennie. Rozstrzygnąwszy dyskusję na swoją korzyść oddala się podziwiać Baroness. Idziemy i my.

Krytyk riposty się nie boi

Krytyk riposty się nie boi

Jest nawet nieźle. Numery są w porządku i zdradzają rycerskie poszukiwana złotego środka pomiędzy przebojowością a skomplikowaniem dźwięków – Świętego Graala metalowców.  Gadatliwy wokalista narzeka na scenę, jego zdaniem jest ona dziwna i bardzo mała. Te same epitety można by odnieść do głosu, którym ów ziom się posługuje. Od czasu Paradise Lost w wersji live nie słyszałem czegoś tak potwornego, jakiejś mieszaniny burczenia za skowytem, pohukiwania w głuszy zmieszanego z waleniem w opity bandzioch. Baroness to jeden z tych dobrych zespołów, ciągniętych w dół przez jeden czynnik, który łatwo można by zmienić, obawiam się jednak, że ów mężczyzna kocha śpiewanie bardziej niż Krawczyk i prędzej sobie odgryzie rękę niż zamknie pysk. Niemniej, gdy robimy sobie zdjęcie, okazuje się miłym człowiekiem.

Wystąpił jeden dobry zespół, jeden zły, jeden przeciętny, niemniej bilans tego wieczoru wychodzi zdecydowanie na plus. W koncertach metalowych, w koncertach w ogóle poszukuję nie tyle dźwięków, co atmosfery przepełnionej dobrą energią, taką, którą można zabrać ze sobą do domu, choć na trochę – jakby to sentymentalnie nie brzmiało. Klub, papierosy, piwo, rozmowy z ludźmi, rzut uchem w kierunku sceny, to się liczy. Oraz coś prawdziwie mocnego, szczerego, co zdarzyło się w ciągu tych paru minut, kiedy grał Royal Thunder. Mężczyźni, których spotkaliśmy przed klubem idą kupić sobie jointa. W metrze spotykamy znajomą gotkę i jej chłopaka z winylami.

Łukasz Orbitowski

Zdjęcia: Agata Kozłowska