AVE CAESAR – Organicznie i żywiołowo

Lubię małe koncerty. Zawsze podobała mi się ich atmosfera, taka przyjacielska i niemalże rodzinna, bliskość muzyków oraz dużo luzu i swobody. Nawet jeśli czasem – choć co warte podkreślenia, nie jest to regułą – trącą nieco amatorszczyzną, to chyba jeszcze nie spotkałem się, żeby ci wykonawcy odpuszczali, choć często dopiero debiutują jakimś materiałem. Nie ma grania na pół gwizdka, choćby i przyszło z piętnaście osób, a dziesięć z nich było przypadkiem. Może to właśnie dlatego, że po zagraniu chujowego gigu wstyd spojrzeć tym ludziom w oczy? W końcu bez problemu można to zrobić każdemu z osobna. A może to po prostu kwestia wiary w to, że ich zdzieranie strun ma sens, a świat kiedyś będzie leżał u ich stóp?

Opisywana impreza podsunęła mi jednak jeszcze jedną myśl. AveCaesar bezsprzecznie zagrali koncert profesjonalny, przygotowany właściwie od A do Z, jednak wyzierająca z ich muzyki beznadzieja i ogrom emocji sugerowały raczej, że są od dawna pogodzeni z losem. Życzę im oczywiście jak najlepiej, bo jest to niewątpliwie bardzo ciekawy zespół, jednak szczerość tego, co robią, wynikała chyba głównie z tego, że doskonale zdawali sobie sprawę, że nie będą gwiazdami rock’n’rolla, a ich piosenek nie puszczą największe rozgłośnie radiowe. Czy w czymkolwiek to przeszkadzało? Raczej nie, bo widać było, że chłopaki cieszą się na każdego przybyłego, a fakt, że drożej można kupić paczkę fajek niż ich krążek także świadczy głównie o tym, że robią to, co chcą robić. Pasja? Mniemam, że tak.AC

Wrocławski duet postawił na bliskość publiczności. Muzycy grali pośrodku sali, otoczeni przez ludzi, będąc właściwie na wyciągnięcie ręki. Choć przez cały koncert odzywali się niewiele, wytworzyli dzięki temu specyficzną relację, zacierając granicę między wykonawcą a odbiorcą. Oświetleni jedynie przez jedną lampkę, w swoich charakterystycznych maskach, wizualnie prezentowali się niezwykle tajemniczo. Brzmieli też tak, jak powinni – choć to duet, hałasu robili co najmniej za czterech. Co nie powinno dziwić, set oparli na materiale pochodzącym z premierowej „Growing” i muszę przyznać, że na żywo te piosenki brzmią jeszcze bardziej organicznie i żywiołowo. A to, czy trafiali w dźwięki, czy też nie, nie miało kompletnie żadnego znaczenia…G

Podobnie jak w przypadku występujących przed AveCaesar Gołębi. Niestety, tym razem ta niechlujność nieco przeszkadzała. Pominę chwilowe problemy techniczne na samym początku, bo wierzę, że to nie wina chłopaków, ale chyba aż zanadto skupili się na tym, żeby tylko narobić hałasu, a zapomnieli nieco, żeby po prostu grać. No dobra, nie odmówię im tego, że dobrze się bawili, skakali i biegali po scenie, grali na gitarach zębami czy butem. Spoko, to było bez wątpienia fajne. Żałuję jednak, że gdzieś uleciał przy tym specyficzny klimat ich muzyki, ten nieco rozmarzony, naznaczony swoistym romantyzmem pierwiastek. Niemniej, nawet z niechlujstwa Gołębi bił jednak pewien potencjał, a same gołębie przestaną mi się kojarzyć tylko ze szkodnikami obsrywającymi mi samochód. A właśnie chłopaki, jeśli to czytacie – ten Wasz nowy numer bez tytułu wcale nie jest taki słaby.

Słowem podsumowania tylko tyle – zdziwię się, jeśli o AveCaesar niedługo nie będzie trochę głośniej. I wcale nie mam tutaj na myśli tego, że panowie grają głośną muzykę.

Text i zdjęcia Michał Fryga