ASYMMETRY – Wyjątkowe okoliczności

Siódma edycja Asymmetry już za nami. Chwilę przed jej rozpoczęciem organizatorzy ogłosili, że to koniec festiwalu w dotychczasowej formie, a tegoroczny rozdział będzie zwieńczeniem pewnej historii. Wielka szkoda, bo – co dopiero ostatnio sobie uświadomiłem – było to wydarzenie bardzo istotne. Kształtujące gusta, pokazujące nowe ścieżki, łączące rzeczy wydawałoby się nie do połączenia. Wyjątkowe w swoim eklektyzmie. A jakie było tegoroczne Asymmetry? Pozwoliłem sobie ułożyć listę. Wiem, wiem, takie działania zwykle podejmuje się w ramach zapowiedzi, a nie po fakcie. Jednak mawiają, że wyjątkowe okoliczności wymagają wyjątkowych środków… Do dzieła zatem. Kolejność całkowicie nieprzypadkowa.

DBUK – Broncos Fight Song  Co tu dużo mówić – kolektyw z Denver bezczelnie skradł show pozostałym wykonawcom zarówno sobotniego dnia, jak i całego festiwalu. Akustyczny, najbardziej kameralny występ całego Asymmetry całkowicie przyćmił wszystkie zaopatrzone w ciężką amunicję, stawiające ścianę dźwięku zespoły. Siła DBUK opiera się przede wszystkim na fantastycznym współgraniu i dopełnianiu się głosów Munly’ego, Slima Cessny oraz Rebekki Very. Głosy opowiadają historie, w które słuchacz ma ochotę się zanurzyć, tak całkowicie. Wprowadzają w jakże przyjemny, naznaczony mrokiem trans. Z rozdziawionymi buziami, chłonąc każdy dźwięk, stali zarówno metalowcy, jak i brodaci hipsterzy, i to chyba najlepsze podsumowanie opisywanego misterium.
YOB – Marrow Amerykanom wystarczyło zagrać jeden akord, by do tych jeszcze nieuświadomionych dotarło, że mają do czynienia z zespołem chyba obecnie najbliższym doom’owego absolutu. Tak – brzmienie potrafi czasem powiedzieć więcej, niż tysiąc słów. A później były już tylko zniszczenie i pożoga. I niespotykana, melodyjna podniosłość refrenów (swoją drogą, to naprawdę imponujące, jak swobodnie Mike Scheidt przechodzi od pierwotnego ryku do operowych niemal zaśpiewów). A na koniec, na koniec był „Marrow”… Reszta niech pozostanie milczeniem.
SLIM CESSNA’S AUTO CLUB – This Is How We Do Things In the Country  Co tu dużo mówić- prawdą jest, że SCAC w wersji „live” to prawdziwy żywioł. Jak spotkanie dwóch całkowicie przeciwstawnych żywiołów wygląda też sceniczna relacja dwóch liderów grupy – Cessna jowialny, moralizatorski, spotyka nieprzewidywalnego Munly’ego z jego lekko rozhisteryzowanym głosem. Było smutno i wesoło, a melancholia szła pod rękę z rozbuchaniem. I brzmiało to wszystko gęsto, pełno, potężnie. Dziki Zachód w najlepszym możliwym wydaniu, chciałoby się powiedzieć.20160923_213438
DARKHER – Moths  Oczekiwałem szablonowej, smutnej pani i lekkich smętów. I tu (kolejne już) zaskoczenie. Zdumiało mnie chociażby brzmienie zespołu, bardzo szorstkie, prymitywne, chłodne. Niemal blackmetalowe. No i napędzane przez perkusistę, którego skroń zdobił pokaźny pióropusz. Świetnie kontrastowało z eteryczną prezencją sceniczną liderki projektu i jej wyciszonymi, pełnymi emocji wokalizami. I owszem, niektóre kompozycje były do siebie łudząco podobne, zbyt podobne; nie zmienia to faktu, że Darkher to dla mnie jedna z największych, pozytywnych niespodzianek tegorocznego Asymmetry.
SUBROSA – The Wound of Warden  Ponarzekałem ostatnio na ich najnowszy album, prawda. Tym niemniej, zachęcony dodatkowo słowami lidera YOB, zapowiadającego zespół z krainy słonych jezior jako „jedną z najlepszych obecnie grup na świecie”, postanowiłem dać Amerykanom szansę. Cóż, muszę przyznać, że jestem zauroczony. Znikło uczucie monotonii nieco doskwierające po dłuższym kontakcie z ich ostatnim studyjnym dokonaniem. Na pierwszy plan wyszło natomiast to, co w twórczości Subrosy najlepsze – piękne harmonie wokalne, skrzypce nadające muzyce zespołu drugiego dna, potężne riffy znienacka przerywające błogi spokój. Aż żal, że tak krótko.
DE STAAT – Get On Screen  Zespół w stopniu wręcz niesłychanym, jak na asymetryczne standardy, nastawiony na czystą zabawę. Był ten fakt widoczny (wesołek operujący syntezatorami ubrany w koszulkę ulubionej drużyny z nazwiskiem Andrzeja Niedzielana), był ten fakt słyszalny (ten sam osobnik wygrywający prawie amuzyczny rytm, znany dobrze z – a jakże! – piłkarskich stadionów). Czysto rockową duszę grupa pokazała w kilku zaledwie numerach. Dominowała bezwstydnie przebojowa elektronika, mająca w swoim szaleństwie coś z Turbowolf. Swój cel Holendrzy osiągnęli w stu procentach, spora część sali dała porwać się do dzikiego tańca.
JOE BUCK YOURSELF – Die Motherfucker Die  Autentyzm w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Bo jak tu nie wierzyć, widząc szaleństwo w oczach i niekontrolowanie wydobywającą się z ust ślinę. Jak sam twierdzi, ma w duszy diabła i napotykając przypadkowo na jego błądzący po publice wzrok nie sposób mu nie uwierzyć. Słowem-kluczem do twórczości Joe Bucka wydaje się być prostota. Uskutecznia ideę „one-man band”, tłukąc proste do bólu, mające country w trzewiach, a punkową szczerość i werwę na zewnątrz piosenki. Mnie to w pełni przekonuje, a patrząc po reakcji zgromadzonych, nie jestem w tym entuzjazmie osamotniony.20160922_173945
NOTHING – Get Well  Jak na jeden z najsmutniejszych zespołów świata, prezentowali się całkiem żwawo. Kilka razy nawet się uśmiechnęli! Do rzeczy jednak. Nothing operuje bardzo prostymi środkami, zaskakująco prostymi, jak na zespół tej klasy (choć nie jest to zarzut). Rządzi stricte rockowe nieskomplikowanie i przebojowość. Oczywiście, wszystko powleczone bardzo grubą warstwą shoegaze’owego rozmarzenia. Może i prawdą jest to, że na tle wszystkich tych barwnych postaci, które zagrały w tym roku w Firleju, wyglądali nieco blado. Jednak koncert sam w sobie uważam za co najmniej dobry.
JESU/SUN KIL MOON – Good Morning My Love  Mam dylemat, w jakim kontekście rozpatrywać ten przypadek. Czy to jeszcze koncert, czy już raczej performance? Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że najciekawiej działo się w przerwach między utworami, gdy Mark Kozelek z radością prezentował swoją erudycję, wdając się w dysputy z publiką. Zresztą, pierwsza część sztuki to właściwie melorecytacja tegoż na tle subtelnego, nienarzucającego się podkładu. Było o uwielbieniu żurku i o prawidłowej wymowie słowa „Wrocław”. Na szczęście, im dalej w las, tym gęściej. Do głosu doszła dronująca gitara Broadricka i w takiej odsłonie grupa znacznie bardziej przypadła mi do gustu. W kategorii „największe wydarzenie” na pewno znaleźliby się w pierwszej trójce, a tak…
CONAN – Total Conquest  Uff… jak ciężko. Fani melodii i ładnych piosenek proszeni są o natychmiastowe opuszczenie sali. Conan operuje w tempach od wolnych do ultra-wolnych i robi to ze zgrabnością słonia, który z niewiadomych przyczyn znalazł się w składzie porcelany. Określenie „muzyka bitewna jaskiniowców” nie mogłoby być bardziej trafne. Oczyma wyobraźni zobaczyłem człowieka pierwotnego ruszającego do walki. Z początku żwawy, zaczyna jednak biec coraz wolniej… wolniej… i jeszcze wolniej. W końcu pada. Bolą go nogi od biegu, ręce od ciężaru maczugi, odczuwa też nieznany ból w duszy. Ciężko oddycha. Właśnie w tym momencie, Conan zaczyna grać nieco wolniej. I wolniej…

Adam Gościniak

Zdjęcia: Patryk Zwoliński