ANTIGAMA – bez dużej publiki

Na początku, zanim jeszcze myśl stała się czarnym słowem na białym tle, miała to być zupełnie zwyczajna relacja z koncertu. Chciałem po prostu wykazać się ponad miarę wręcz rozbudowanym zmysłem pamięci i opisać wam w stu procentach kto i co zagrał tego październikowego wieczoru w warszawskim klubie Progresja. Jednak stało się inaczej a powodów ku temu było co najmniej kilka…

Antigama, Lostbone, Feto in Fetus, Enhet -Warszawa klub Progresja 04.10.13r

Ten wieczór przywitał nas nie ulewą a zimną aurą, która być może spowodowała, że duża liczba fanów hałasu jako istoty ciepłolubne zdecydowała się zostać w domu i tradycyjnie raczyć się kolejnymi odcinkami ulubionego serialu w  TV. Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się…

Fakt jest taki, że występ artystyczny pierwszego zespołu jaki zaprezentował się nam tego wieczoru czyli Enhet oglądało w sumie około dziesięciu osób; później wcale nie było lepiej. Łotewska ekipa, której muzyka lokuje się bardzo blisko metal core’owej półki z lekkim ukłonem w stronę death core’a ukazała się jako zespół poprawny. Nie znam twórczości tego bandu, ale to co chłopaki pokazują na żywo nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych, podobnych zespołów. Trochę skakania po scenie, trochę wrzasków, rytmicznych pląsów z gitarami w ręku i bejsbolowych czapek. Muzyka może i z kopem, ale w chwili gdy nie ma kogo kopać trochę traci na sile rażenia. Łotysze dziwili się pewnie czy rzeczywiście znajdują się w znanym klubie, w dużym kraju w środku Europy bo ich nierówna walka bardziej wyglądała jak koncert na jakimś squacie lub, co gorsza, wszystko to było kwestią halucynacji i tego wieczoru dziki tłum rozkręcał takie pogo, że goście z „zagranicy” mogliby je pamiętać na długo, ale przez wspomniane zakręty psychiki nie mieli szans tego zobaczyć.

bez dużej publiki

bez dużej publiki

Brniemy dalej w ten dziwny wieczór. Feto In Fetus z płyt lubię i cenię, dlatego też byłem bardzo ciekaw ich scenicznych popisów. No i… trochę się zawiodłem. Nie mam tu bynajmniej na myśli technicznej strony całego szoł, ale właśnie szoł jako taki, podporządkowując się nadrzędnej tego wieczoru idei pustej sali, wypadł raczej dość niemrawo. Feto In Fetus technicznie i brzmieniowo wypadł naprawdę dobrze, klarownie, selektywnie, jednak zespół jakby nie miał zacięcia do tego by zmiażdżyć zgromadzonych death/grindowym walcem. W sumie może nawet i dobrze gdyż tych kilkanaście osób mogłoby nie dotrwać do występu gwiazdy wieczoru gdyby już supporty wprowadzały w stan miazgi… W pewnej chwili koncert zaczął mnie męczyć, zespół serwował kolejną petardę w sam środek pustej sali, zawieszał się gdzieś na chwilę w sobie tylko znanych rozmyślaniach i po chwili atakował dalej. Czasem jest tak, że Lucaswychodzi wszystko, innym razem nic się nie klei; Feto In Fetus stanął gdzieś pośrodku, ale wypada stwierdzić, że zespół ma wszelkie przymioty ku temu byPaul wydaniu koncertowym niszczyć na całego.

Coraz później, coraz zimniej a przed nami jeszcze całkiem sporo wrażeń. Po trzecie Lostbone a po czwarte Antigama. Skupmy się teraz na po trzecie. Lostbone muzycznie nie należy do mojej bajki, ale po tym wieczorze będę miał do tego bandu duży szacunek. Grać dla kilkunastu osób i nie przestraszyć się wiejącego w klubie wiatru – to budzi szacunek. Lostbone zagrało tak jakby sala była pełna: energetycznie, mocno i z dużym zaangażowaniem. Mówiąc zupełnie szczerze, podobał mi się ten występ a zespół tylko potwierdził swoją klasę i miano prawdy zyskała plotka, że Lostbone to koncertowa machina z wysokiej półki.

Niemal równo o 22 scenę spowiły opary czerwonego światła i zaczęło się to na co czekałem, czyli koncert zespołu, który tworzy awangardowy grind core od 2000 roku. Antigama. Był to koncert szczególny, bardzo dobry pod względem muzycznym oraz wizualnym, ale niesłychanie też kameralny, intymny wręcz. Koncert, który można nazwać doznaniem a to moi drodzy w brutalnych muzycznych krainach nie zdarza się często. Zbędne jest przytaczanie w tym miejscu utworów jakie zagrała Antigama. Bardziej na miejscu próba uchwycenia atmosfery, gry świateł, szalejącego za i z mikrofonem Łukasza i lejących się ze sceny dźwięków. Antigama jest w formie i nawet bez dużej publiki jest w stanie dać koncert, który zostaje w pamięci. Koncert pełen transu i pasji. Idealnie zamknięcie dziwnego wieczoru. Bez dwóch zdań warto było marznąć i tracić cenne ciepło by dotrzeć tego wieczoru do klubu Progresja i stanąć oko w oko z bestią. A imię jej brzmi Antigama.

Wiesław Czajkowski

Zdjęcia koncertowe: Robert Wierzbicki