A PLACE TO BURY STRANGERS – poczuj to…

Wychodząc z Hydrozagadki miałem przynajmniej dwa powody do satysfakcji. Po pierwsze – udało mi się wygrzebać z uszu watę, która na tym koncercie uratowała mi słuch i zapewne część szarych komórek. Pamiętajcie zatem – wata to rzecz święta. Po drugie – bo tego wieczoru nie musieliśmy się obawiać wjazdu panów z kałachami – poziom hałasu był w stanie odstraszyć każdego, nawet największych popierdoleńców.

A Place To Bury Strangers, Grooms, Hydrozagadka, 17.11.2015r.

Oczywiście, żeby tradycji stało się zadość, nie zdążyłem na supportujący nowojorczyków Grooms. Żałuję, bo ich płyta zapowiadała coś ciekawego. Zespół A Place To Bury Stragers, dowodzony przez szalonego magika Olivera Ackermanna wyszedł na małą scenę bez fajerwerków, introsów i innego szitu. Po prostu trzech panów,Place1 mocno podziemny – punkowy – sztafaż, skromne instrumentarium i dymy. DYMY! W tym temacie przebili nawet władców mgły z Thaw. Człowiek się dusił i próbował coś zobaczyć. Z usłyszeniem nie było problemu, bo dźwięk, jaki zwalił się na słuchaczy, właził w każdy zakamarek ciała. Kiedy wspomniane dymy ciutkę się rozwiały, można było pokontemplować sprzęt używany przez muzykantów. W wywiadzie Oliver opowiadał, że bardzo lubi konstruować elektroniczne zabawki i faktycznie – wzmacniacze czy efekty gitarowe przypominały scenografię filmu s/f z lat 80. Było to dość komiczne, zresztą, instrumenty używane przez zespół wyglądały, jakby pamiętały odsiecz wiedeńską, ba, brały w niej czynny udział. A najbardziej noszące ślady częstego kontaktu z deskami scenicznymi gitary Olivera, co zresztą muzyk potwierdził gdzieś w połowie koncertu, pomagając jednemu z instrumentów uzyskać odpowiednią jasność brzmienia, czyli waląc nim o podłogę. Ackermann był zresztą głównym szołmenem – to co robił z gitarami (jedna miała tylko albo aż pięć strun…), w jaki sposób operował efektami, sprowadzało się do jednego – zbudowania monstrualnej ściany dźwięku, przytłaczającego i świdrującego mózg jazgotu. Tak musiały wyglądać koncerty braci Reid; skupienie na zabawach ze strunami i pokrętłami, zero kontaktu z publicznością, bo nie kojarzę, żeby choć raz ktoś zagadał do słuchaczy – żadnego heloł, jesteście najlepsi, kochamy was itp. gówna. Konkret.Place

O ile na płytach muzyka zespołu przedstawia się całkiem klarownie, o tyle na żywo wszystko zlewa się w jeden wielki i hipnotyzujący rytuał. Duża w tym zasługa pałkera – Robi Gonzales, na swoim ograniczonym do minimum zestawie z jedną (!) blachą, stanowił kompletne przeciwieństwo obstawionych milionem gadżetów metalowych herosów, jednocześnie precyzyjnie odmierzał takty, pompując adrenalinę za pomocą morderczej stopy, przez co miałem wrażenie, że uczestniczę w jakiejś przegiętej imprezie techno. W tym ostatnim temacie – basowe, niskie częstotliwości dawały się nieźle we znaki. Zespół zatopił się w swoich poszukiwaniach jedynie słusznego transu i w zasadzie nie widzę powodu, żeby deklamować tracklistę – bo i tak wszystkiego nie wyłapałem. Dla porządku – z najnowszej płyty Transfixiation poleciały min. „Fill The Void”, „Now It’s Over” (co ciekawe, w wersji studyjnej mający nieco syntetyczny sznyt; czegoś takiego na koncercie raczej nie dało się uświadczyć…) czy „Deeper”, był jeszcze „Deadbeat” z „Exploding Head”. Przyznam, że dla kogoś nieobytego z takim graniem, ten sceniczny eksperyment mógł być szokujący, jednak zgromadzona publiczność przyjęła „łaskotki” z wyraźnym zadowoleniem; mam wrażenie, że nikt przypadkowy na koncercie nowojorczyków się nie pojawił. Harcom nie było końca – nawet perkusista dysponował jakimśTechno modulatorem dźwięku, który wprowadzał dodatkowy chaos, słowem – ucieleśnienie noise dream popu w tej bardziej ekstremalnej, doprowadzonej gdzieś pod próg wytrzymałości formie. A to jeszcze nie koniec – znudzeni scenicznymi wyczynami muzycy, zostawili pierdzące instrumenta i zeszli do publiczności. Pojawiły się dodatkowe, laserowe wizualizacje i wydobyte nie wiadomo skąd samplery (chyba, nie znam się…): otoczeni wytrwałym tłumkiem słuchaczy odpalili regularne, kosmiczne techno party, nadal specjalnie nie interesując się werbalnym kontaktem z zahipnotyzowanymi ludźmi.

Nie chcę wyjść na bezkrytycznego dzieciaka, ale przyznam, że dostałem dokładnie to na co czekałem. Pozornie bezduszne przegięcie i dźwiękową torturę, która sprawiła mi niemałą radochę. Widać, podziemie kwitnie i nic nie jest w stanie pokonać fanatyków gitarowego brzmienia.  Nawet terroryści.

Tekst+ foto: Arek Lerch