ARMIA – repertuar asekurancki

Jak przystało na etatowego Violence’owego blackmetalowca mimo woli, recenzującego na niniejszych łamach albumy Deathspell Omega, Leviathan i Absu, od lat –nastu zaliczam Armię do moich absolutnie ulubionych zespołów. I jakoś nigdy nie zdarzyło mi się widzieć ich na żywo. Przyszedł czas by nadrobić tę wstydliwą zaległość i zgrabnie zamknąć bardzo udany pod względem koncertów rok, a przy okazji dać się wyszumieć stłamszonemu w ciemnym kącie jestestwa inżynierowi Mamoniowi.

Armia, Warszawa Hydrozagadka

Armia, Warszawa Hydrozagadka

Jak ten głos wołający na puszczy twierdzę, że sentymentalne powroty w stylu „zagrajmy na koncercie naszą najlepszą/najpopularniejszą (niepotrzebne skreślić…) płytę” tylko w nielicznych przypadkach mają sens. Pomijam już nawet schlebianie gustom publiki, ale taka postawa sugeruje, że sami artyści w jakiś sposób deprecjonują resztę swojego dorobku, zwłaszcza tego późniejszego. Rozumiem, że w przypadku Armii dwudziesta rocznica wydania „Legendy” to niezły pretekst, ale śmiem wątpić, czy w 2014 Tomasz Budzyński i pozostali, ktokolwiek tam będzie grał, objadą Polskę grając całe „Triodante”, a to przecież wcale nie gorszy album. Czepiam się jak forumowy mędrzec, ale sens tego marudzenia jest taki, że zespół, którego choćby ostatnie dwie płyty są radykalnie różne muzycznie i równie znakomite jakościowo swobodnie uskładałby świetny, spójny set ze starych szlagierów i świeżych kawałków.

Smutki wyartykułowane, artyści urażeni, możemy zatem przejść do sedna. A jest ono mianowicie takie, że koncert był bardzo dobry. Ku mojej wielkiej radości, Armia rozpoczęła porcją hitów z „Ducha”, „Triodante” i „Der Prozess”, solidnie rozkręcając publikę skoczniejszymi fragmentami tychże, by płynnie przejść w wyczekiwany „legendarny” program i domknąć całość nieodzownym „Niezwyciężonym”, „Jeżeli…” i podsumować to nieco zbyt rozwlekłym wykonaniem „Domu Przy Moście”. Był wykop, była energia i była iskra, nomen omen, boża, której nie przygasiło nawet kulejące brzmienie. W takim składzie lepiej się tego repertuaru wykonać nie dało. Oczywiście Armia jest dziś tak naprawdę teatrem jednego aktora; nie ujmując nic muzykom, którzy grali bez zarzutu – nie śpieszmy się ich kochać, bo skład tego akurat zespołu stabilnością nie grzeszy (nie grzeszy wszak w ogóle), i kto by tam Budzyńskiemu nie przygrywał, to jego głos i charyzma napędzają całokształt występu. Ot, klasyczny podział pracy w stylu „Romek ładuje, Tytus wozi, a ja liczę taczki” (jestem pewien, że pan Budzyński doceniłby to porównanie). Bawiłem się więc przednio i pewnie podobałoby mi się także, gdybym nie był zagorzałym (nie mylić z „bezkrytycznym”) fanem Armii. Szkoda jednak, że zabrakło pewnego elementu zaskoczenia, z rodzaju „ciekawe co zagrają” – chyba, że za taki uznamy brak anonsowanych w zapowiedziach utworów z nadchodzącej płyty. Gdzież się one podziały, wie tylko święty Antoni, patron rzeczy zagubionych. Zaskakujące nie było z pewnością brzmienie, nie odbiegające od uchowych standardów, które ewidentnie głoszą prymat wszech instrumentów ponad gitarą. Zespół Necromantia mógłby tu zagrać najlepszy koncert w swojej karierze.

Był czas przywyknąć, że pewni idole lat pacholęcych nie lśnią już dawnym blaskiem i obrastają w tłuszcz konformizmu. Trudno mi jednak zrozumieć to, że Budzyński, nagrywając świetne albumy i bardzo dobrze radząc sobie na koncertach, wybiera asekurancki repertuar zamiast ucieczki do przodu. Jasne, jasne – posłuchałem, pośpiewałem (ech…), pomachałem głową i piąchą, wyszedłem z klubu radosny i swawolny, ale przecież mogło być jeszcze lepiej. Nie szkodzi, jeszcze będzie.

Bartosz Cieślak

Zdjęcia z Warszawy Arek Lerch