11 URODZINY PROGRESJI – niebo na ziemi

11 lat minęło, jak jeden dzień… – chciałoby się tak nucić piosenkę Andrzeja Rosiewicza pomiędzy wierszami „sto lat” z okazji jedenastego jubileuszu klubu Progresja. Kiedy pierwszy raz miałam okazję pojawić się w klubie, który mieścił się na warszawskim Bemowie – niewątpliwie nie czułam ducha miejsca, gdzie mogłyby się odbywać koncerty z najwyższej półki. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że jestem w miejscu, gdzie zaraz uszy zwiędną mi od fatalnej akustyki. Na szczęście, rok temu właściciel klubu (Marek Laskowski – przyp. red.) podjął decyzję o zmianie miejsca z siedziby przy ulicy Kaliskiego na bliższą centrum Warszawy ulicę Fort Wola, co zaprocentowało jakością odbioru muzyki granej na żywo w klubie oraz nadało świeżą, bardziej chwytliwą nazwę nowemu miejscu – Progresja Music Zone.

Z racji obchodzenia kolejnej rocznicy klubu, zorganizowano niezwykle barwne dźwiękowo koncerty trzech (w tym dwóch czołowych w swoim gatunku) polskich zespołów: Merkabah, Blindead oraz Tides from Nebula. Muzycy dwóch kapel mieli możliwość uczestniczenia w konferencji prasowej dotyczącej ostatnich lat działalności Progresji. Zaproszeni przez Pana Laskowskiego Maciej Karbowski z Tides from Nebula oraz Patryk Zwoliński opowiadali wraz z „Prezesem” (przydomek właściciela klubu – przyp. red.) o swoich wspomnieniach oraz wszelakich doświadczeniach związanych z organizacją swoich koncertów pod egidą Progresji. Niebywale zaskoczyło mnie w jak ciepły sposób właściciel klubu podchodził do koncertów w/w kapel. Niewątpliwie rzadko zdarza się (albo wręcz wcale), że posesjonat klubu pojawia się na danym wydarzeniu, a tym bardziej przyjmuje muzyków do siebie, częstując wszelakimi napojami (mniej czy bardziej wyskokowymi). Te i inne, równie barwne wspomnienia muzyków, jak i Pana Laskowskiego połączyła również jedna, dość istotna kwestia muzyczna – w kraju gdzie na ogromną skalę słucha się z komercyjnych rozgłośni radiowych piosenek popowych o raczej niskiej wartości muzycznej, nagle wybija się w telewizyjnym show zespół z typowo niszowej gatunkowo muzyki – Besides . Maciej Karbowski podkreślił tym przykładem, iż to jest m.in. zasługa takich klubów, jak Progresja, że kapele tego pokroju mogą w naszym kraju grać swoją muzykę na żywo – po czym trafia to do większej publiczności przez większe medium.

Po zakończonej konferencji prasowej przyszedł czas na koncerty. Jako pierwszy w kolejności na dużej scenie klubu pojawił się Merkabah. O ile na początku tejże relacji wspomniałam, że wszystkie koncerty były niezwykle barwne – to niestety,  Merkabah wypadł w moim mniemaniu najsłabiej. Sekcja rytmiczna wzięła za bardzo górę nad aspektami harmonicznymi i brzmieniowymi kapeli, przez co tworzyła się ogromna ściana dźwięku, zabijająca potencjał drzemiący w zespole. Szkoda, ponieważ byłam z początku oczarowana faktem, że mają w swoich szeregach saksofonistę.merkabah (2)

Po krótkim secie Merkabah przyszedł czas na gdyńską formację Blindead. To była skuteczna terapia dla moich uszu po jednostajnych brzmieniach poprzedników. Prze-ge-nial-ny wokal Patryka Zwolińskiego pozwolił mi na chwilę odpłynąć daleko, daleko w przestrzeń niemalże kosmiczną. Set przeplatany mocniejszymi kawałkami, jak i tymi z ostatniego dzieła zespołu – akustycznymi wersjami piosenek z albumu Live at Radio Gdańsk tworzyły magię, jakiej dawno nie słyszałam w wykonaniu zespołu (z wokalem na czele). Duże doświadczenie sceniczne było bardzo widoczne i słyszalne, co przełożyło się na odbiór widowiska tworzonego przez Blindead. Brawo, z przyjemnością pójdę jeszcze raz posłuchać ich na żywo.blindead

Gwiazdą wieczoru było warszawskie Tides from Nebula. Po raz kolejny musiałabym napisać o mistrzowskim kunszcie muzyków, bo każdy kto słyszał ten kwartet na żywo wie, jakiego asa w rękawie mają będąc na scenie. W tej relacji pozwolę sobie skupić się na efekcie wizualnym show. O ile światła są ważnym elementem show „Tides’ów” to w niedzielnym koncercie wybitnie można było odczuć piękną grę świateł, która idealnie spajała dźwięk z nazwą zespołu, jak i klimatem miejsca. Jestem wręcz przekonana, iż właśnie ta duża scena dała taki piorunujący efekt. Do tego zagrany pełny set koncertowy, niebanalna interakcja z publiką (która wręcz szalała pod sceną) potwierdziła moją teorię na temat fenomenu Tides from Nebula jako pierwszoplanowego, muzycznego towaru eksportowego z naszego kraju. Myśląc „muzyczna elita Polski” będę zawsze odpowiadać dwoma nazwami: Disperse i Tides from Nebula.tides from nebula (2)

„Progresyjne” urodziny zostały wyprawione z ogromną pompą. Magia sztuki prezentowana przez muzyków, jak i atmosfera przed, w trakcie i pokoncertowa sprawiły, że warto było przyjechać na takie wydarzenie z drugiego końca kraju. Takie zestawy muzyczne nie zdarzają się zbyt często, a jeśli już są – niestety, trzeba „gnać” ku zachodnim krajom, aby przeżyć je na własnej skórze. Dziękuję Tobie, Progresjo Music Zone – mimo, że nie ma miejsc, czy rzeczy perfekcyjnych – że pozwoliłaś mi na chwilę muzycznego nieba na Ziemi.

 Świętowała&fotografowała Karolina Miszta