ZOROASTER – Matador (E1 Music)

W świetle dokonań możnych tej sceny Zoroaster zalicza się raczej do solidnej drugiej ligi sludge metalowego łojenia, jednak ma na tyle dużo cech indywidualnych, że nie sposób pominąć tria, tym bardziej, że najnowsza płyta to kawał solidnej i dobrze wykonanej, psychodeliczno – rockowej roboty.

Trzeci pełnowymiarowy album przenosi nas ponownie w krainę psychodelicznych krzywych luster, w których przegląda się zarówno rockowa tradycja Ameryki jak i spora dawka eksperymentu. Z dużą dozą melodii, dzięki której album, choć pozornie nieprzystępny, jest zaskakująco lekkostrawny.

Muzycy z Atlanty postarali się, by obcowanie z „Matadorem” nie było nudne. Mamy więc kobyły w postaci kawałka tytułowego, gdzie narkotyczny, zapętlony wstęp przechodzi w potężne uderzenie, jakiego nie powstydziłby się Monster Magnet. Świetne jest otwarcie płyty – „D.N.R.” to jakby Kyuss puszczony na zwolnionych obrotach, z charakterystycznym dla Zoroaster spogłosowanym, głębokim i aksamitnym wokalem. Zoroaster zbliża się też za sprawą „Ancient Ones” do transowego wygaru kolegów z Kylesa. Dla odmiany dwie części „Odyssey” to groove, przestrzeń, pustynia w niemal balladowym wydaniu. Kapitanie rozwiązany został siedmiominutowy „Old World”, gdzie natchniony doom metal ożeniono z natrętną melodyką. Dla poszukiwaczy dziwactw jest za to „Firewater”, gdzie na podkładzie miarowej, bujającej sekcji mamy jeden wielki, psychodeliczno – narkotyczny, gitarowy odjazd.

Można przyjąć, że Zoroaster nie odkrył na swojej trzeciej płycie nowych lądów, jednak znane tematy i pomysły podaje w zdecydowanie własnej szacie, malując obraz ciekawy, nieco odrealniony i wciągający. Dysponując w sumie ograniczonymi środkami wyrazu, bazując na sprawdzonych schematach, gra swoją muzykę i co najważniejsze, mimo raczej oszczędnych zabiegów aranżacyjnych, potrafi na 40 minut przykuć uwagę.

Arek Lerch 4