ZOMBI – Shape Shift (Relapse)

Duet z Pittsburgha powraca ze swoim piątym krążkiem i po raz kolejny zabiera nas w plastikową podróż do świata ułudy. Muzyka Amerykanów to ucieleśnienie rozrywki podanej w bezpretensjonalny sposób, choć niemal od razu wiadomo, z jakim klimatem mamy do czynienia. Zapraszamy na space rockową jazdę. Fani gitar, potu i piwa mogą sobie darować.

Wyobraźmy sobie taką sytuację – Jean Michel Jarre, zmęczony ogromnymi super – produkcjami, rozmachem, który przyprawia go już o mdłości, siedzi i po raz setny ogląda „Blade Runnera”, wciągając przy tym kwasy. W końcu następuje błysk – wstaje, wypierdala cały bajerancki, latami gromadzony sprzęt, zostawia jedynie ukochany sampler i ze dwa syntezatory (bo jednak musi być przynajmniej z trzech stron obstawiony klawiszami…), zatrudnia kumatą sekcję rytmiczną i rusza na podbój alternatywnych kubów Europy, pod nazwą „Oxygène New Millenium Tour 2015”. Wszyscy padają na kolana. Gdyby faktycznie owa historyjka się ziściła, taka płyta jak „Shape Shift” nie miałaby sensu. Podobnie jak istnienie Zombi.Dave_Cerminara2

Większość numerów na tej płycie zbudowana jest wg. prostego schematu. Bierzemy klawiszowe pasaże nie zawsze pierwszej świeżości (na pewno pamiętające wspomnianą wyżej płytę „Oxygène”), ale lepiące się do ucha jak najlepszy klej, do tego dochodzi wilgotne brzmienie pulsującego syntezatora basowego, oczywiście, także żywa gitara basowa i punktualne, precyzyjnie mierzące czas bębny. Ciężar ruchu bierze na siebie prowadzący syntezator, wygrywający ciekawe melodie, czasami zapuszczający się w lekko mgliste rejony new romantic, na szczęście, nigdy nie przekraczając delikatnej granicy, za którą jest już kicz. Chociaż właśnie obdarcie owego kiczu z niepotrzebnych świecidełek jest przepisem na udany song Zombi. Wychodzi z tego synth space’owa alternatywa o silnym wydźwięku rockowym a nawet nieco jazzrockowym, za co odpowiada bardzo mocno bijąca sekcja. Warto zresztą zwrócić uwagę na pana Paterrę, bo gość wie, jak z prostych, pozornie banalnych bitów wyciągnąć fajny puls i zawsze mieć na podorędziu jakieś uderzenie i akcent, który fikuśnie dodaje kropkę na „i”. Płyta jest bardzo zwarta, w zasadzie wyróżnia się tu jedynie kończący materiał, czternastominutowy opus „Siberia II”, gdzie zespół odlatuje w stronę psychodelicznego prog rocka, sącząc w nasze mózgi całą masę kwasu. Całość jest oczywiście instrumentalna i nie mam z tym problemu, choć przy takich kawałkach jak „Toroidal Vortices” czy „Mission Creep” gdzieś tam wyobrażam sobie co byłoby gdyby do mikrofonu dorwał się np. Simon Le Bon czy Midge Ure. Przeboje murowane.

Zawsze pewnym problemem było połączenie słów „alternatywa” i „rozrywka”, być może to właśnie „Shape Shift” stanie się czymś w rodzaju wspólnego mianownika. W każdym razie ja bawię się całkiem dobrze i nie czuję zażenowania.

Arek Lerch

Cztery i pół