ZHRINE – Unortheta (Season of Mist)

Piszę tę recenzję przede wszystkim z powodu niezadowolenia; nie tego wynikającego z muzyki, o której będzie mowa, ale właśnie z braku mowy o tej muzyce. Bo Zhrine wypuściło w 2016 roku album, o którym powinno się dużo gadać i dyskutować nadal w 2017, argumentować dlaczego jest ciekawszy niż np. najnowszy krążek Ulcerate i dlaczego zostawia w tyle wiele death/black metalowych wydawnictw z atmosferycznym, pełnym dysonansów klimatem w tle. Zatem przemówmy…

Islandzki Zhrine to zaledwie dwulatek (wcześniej przez kilka lat funkcjonujący pod nazwą Gone Portal), a z debiutanckim albumem mogliśmy się zapoznać w zeszłym roku. 2016 przeminął, jednakże muzyka i emocje towarzyszące jej celebracji nie. Bo co my tutaj właściwie mamy? Jest Islandia, więc atmosfera charakterystyczna dla tej wyspy, ale jest też sporo chwytliwych melodii, które idąc w parze z death metalowymi patentami tworzą coś niezwykle frapującego. Album słucha się od dechy do dechy, czując zwartą całość – nic dodać nic ująć, powiedziałoby się. Bo jak wspomniałem, jest tu sporo rodzimych naleciałości w klimacie Svartidauði, czy Misþyrming. Nie da się ukryć, że pokrewieństwa można także szukać na nieco odleglejszych wyspach wśród Portal, Ulcerate, czy młodego (już, niestety, rozwiązanego) Altars. Jest tu coś z brytyjskiego Abyssal, kanadyjskiego Mitochondrion… Ale gdzie podziało się w tym wszystkim Zhrine? Cała zagwozdka polega na tym, że Zhrine w przeciwieństwie do wyżej wymienionych przyjmuje się niemalże o każdej porze dnia i nocy, w pogodę i nie, w dobry nastrój i zły. Jest to materiał tak łatwo przyswajalny, że aż unikatowy. Nie jest to oczywiście muzyka prosta i zapewne nie dla każdego, jednakże względem rówieśników z współczesnego, death metalowego podwórka mamy do czynienia z muzyką niezwykle zjadliwą. Materiał nie duszny, bo ciągle mamy jakieś okna, przez które wpada powiew świeżego powietrza. Nienudliwy, a wręcz „nutliwy”, bo aż ciężko obejść się bez nucenia pod nosem wielu fragmentów, jak w przypadku zachęcającego rozpoczęcia „Utopian Warfare”, czy rozbujanego „Spewing Gloom”. Budowanie muzycznej fabuły osiągnęło tutaj poziom wzorowy. Rozciągnięte, przestrzenne kompozycje w mgnieniu oka przemieniają się w szaleńczy wir blastów i tremolo, dzieje się to w sposób nienaganny a przede wszystkim ciekawy. Czasem kąciki ust wyginają się w geście aprobaty, kiedy słyszymy znane triki ze zmianami tempa żywcem wyjęte z szuflady starszych kolegów z Ulcetate (słuchaj „World” albo „The Earth”). Ale inspirować się zawsze można, oby tylko z głową. Na szczególną uwagę zasługują melodie, niepatetyczne, ale podniosłe i niezwykle poruszające swoim pięknem. Wszystko mnie tutaj porusza, po prostu, nawet fakt, że album kończy się niezwykle szybko, z lekkim, choć idealnie wyważonym niedosytem.Zhrine band

Jest to materiał „hitowy”, ale nie radiowy, jednakże każdy utwór żyje swoim życiem jednocześnie uzupełniając całość. Miałem to szczęście i nieszczęście zarazem, że podczas oczekiwania na „Shrines of Paralysis” Ulcerate natknąłem się na ten twór, ponieważ przez swój majestat olśnił mnie, a jednocześnie przyćmił przyszłe (niewątpliwe) dzieło Nowozelandczyków. Cóż zrobić, sprawę trzeba postawić jasno, według mnie Zhrine podbiło cały death metalowy światek 2016 roku.

Adam Piętak

Sześć