ZGLISZCZA – W świątyni słońca

Ten materiał udowadnia, że niezmierzone są w Arturze Rumińskim pokłady twórczej magii. Pokazuje też, że Polacy nie gęsi i surfować umieją. Nawet, jeżeli lata krótkie, plaże zimne, a słońce musimy sobie jakoś wymyślić.

Kiedy ktoś wtajemniczony ogłaszał, że oto muzycy znani z m. in. Thaw czy ARRM wzięli się za nagrywanie surf rockowych przebojów, w zasadzie byłem już kupiony. Tutaj nie grał tak ostatnio prawie nikt, nie licząc Them Pulp Criminals i pewnego surfowego vibe, przezierającego momentami spomiędzy tych ich opowieści spod ciemnej gwiazdy. To były jednak epizody, natomiast uczynić z tej idei szkielet całego przedsięwzięcia i na niej budować wydawało mi się posunięciem o tyle intrygującym, co… odważnym. Intrygującym, bo to pionierska właściwie robota, a odważnym, bo przeszczepianie na inny grunt muzyki tak silnie zakorzenionej w określonej kulturze z zasady tej odwagi wymaga. Zawsze istniała możliwość stworzenia karykatury, utwierdzającej tylko w przekonaniu, że nasze morze i nasze surfowanie zawsze będą udawaniem i w sumie niczym więcej.

„W świątyni słońca” to jednak bardzo udany materiał. Pełen różnorakich nawiązań, a przy tym – paradoksalnie – niebędący jedynie sumą inspiracji, a czymś więcej, jakąś własną jakością. Słychać tutaj i echa najdalszych, surfowych pionierów, mocno zakorzenione w latach 60. (echa te przebijają zwłaszcza w chwilach, kiedy wszystkie dźwiękowe warstwy milkną i do głosu dochodzi bardzo surowa, odarta z wszystkich efektów, gitara), i tych bardziej współczesnych kontynuatorów stylu (leniwie: jak Allah-Las, bardziej żwawo: The Orwells albo FIDLAR). To jednak nie koniec, bo tak, jak The Orwells składowe muzyczne surf rocka przenieśli gdzieś na amerykańskie przedmieście, tworząc tym samym inny świat i inny rodzaj melancholii, tak – idąc dalej tym tropem – Zgliszcza biorą surf do nas, do szarości i braku słońca. Stąd obecny w tej muzyce jakiś „nasz” pierwiastek, jakieś zadumanie. Bo nie chodzi nawet o to, że środki, jakimi posługuje się zespół (to ciepłe brzmienie organów!) przywodzą chwilami na myśl cały polski bigbit; Niemena, czy nawet Dzikusów. Rzecz w atmosferze, jaka bije od tej ep-ki. Dźwiękowe lekcje zostały odrobione bardzo sumiennie i z tego bierze się wszystko słońce, lekkość i Kalifornia w muzyce Zgliszcz. Przefiltrowane przez specyficzną, inną wrażliwość te elementy nabierają jednak nowych znaczeń. Okazuje się, że jednowymiarowej z pozoru stylistyce nadać można drugiego dna. Spora też w tym zasługa tekstów – jak dobrze, że napisanych w naszym języku – które to, chociaż nie roztaczają może przed słuchaczem, jak u W~T~Z czy Piernikowskiego, obrazu jakichś nowych światów, na pewno nadają grupie sporo odrębności.Zgliszcza

Zadziwia fakt, że na tak krótkim dystansie udaje się Zgliszczom pokazać kilka odmiennych oblicz: piosenkowy, radiowy wręcz, numer tytułowy, westernowy „Surfin’ SC” czy leniwy, okraszony najlepszym na płycie tekstem, „Woda”. Czystej przebojowości tutaj nie ma, bo i nie ona jest wartością nadrzędną – tą pozostaje przecież specyficzny, słodko – gorzki klimat. To bardzo dobrze, że sosnowiczanie tak pięknie grają ten surf, co więcej: że nadają mu swojego sznytu i wraz z debiutancką ep-ką zyskują własną zespołową tożsamość. To bardzo dobrze, że mamy takie Zgliszcza, bo – nawiązując jeszcze do dwuznaczności siedzącej w tych utworach – przy zgliszczach najłatwiej się ogrzać. Czekam na pełną płytę.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Dominika Gardocka

Cztery i pół