ZEVIOUS – Passing Through The Wall (Cuneiform Records)

Po latach przyglądania się poczynaniom zespołów z każdej strony barykady, od jazzu do metalu, doszedłem do wielce oryginalnego wniosku, że życiowe kroki grajków całkiem często są schematyczne i łatwe do przewidzenia, co nie znaczy – godne potępienia. Ostatnim dowodem na powyższe bajania jest historia grupy Zevious z Nowego Jorku.

To instrumentalne trio zaczynało w 2007 roku od grania jazzu w nowojorskich klubach. Po jakimś czasie gitarzyści odkryli istnienie niezwykle frapujących urządzeń zwanych przesterami i to był początek nowego życia. Dociążenie brzmienia nie zmieniło podejścia do samej materii muzycznej. Zespół nie odpuścił i nadal po jazzowemu łamał frazy, improwizował, kształtując swój charakter. Truizmem będzie też stwierdzenie, że pozostał na poziomie małych klubów i prywatnych lokali kawiarnianych, gdzie prezentuje swoje dźwięki najzagorzalszym fanom. W tym kontekście niedawna trasa z Dysrhythmia jawi się jako spory sukces muzyków. Nie traktuję jednak powyższych słów jako próby wyjaśnienia braku spektakularnych sukcesów, bo w przypadku granej przez Zevious muzyki są nimi właśnie te kameralne występy dla zagorzałych fanów i urok przydymionych, małych sal, gdzie garstka maniaków potrafi przyjąć zespół lepiej niż pełny stadion zblazowaną Metallicę.

Mamy zatem schemat, który jest nam przecież dobrze znany, czas skupić się na muzyce. Niedawno dyskutowałem ze znajomym na temat takich zespołów i doszliśmy do wniosku, że… w sumie nie wiadomo, dlaczego się je lubi. Ani to melodyjne, ani transowe, ani mądre (bo słówek brak…) ani w jakikolwiek sposób zaskakujące czy szokujące. A jednak ciągle, kiedy wpadają mi w łapy takie płyty, zatrzymuję się na chwilę, by podziwiać bajeczne umiejętności, wyobraźnię i bezpretensjonalny urok takich grup.

I tu będziecie mieli do czynienia z najkrótszym akapitem tej recenzji. Wystarczy z fundament wziąć King Crimson a za bardziej współczesny odnośnik dokonania Don Caballero i wspomnianej już Dysrhythmii, by wyobrazić sobie muzykę Zevious. Połamany, jazzowo rozbujany mariaż zgrzytających gitar, pulsujących pochodów basu i wyśmienicie synkopującej perkusji. W sumie, gdyby ukraść im owe przestery, spokojnie siadają w zadymionym jazz klubie i zabawią najbardziej wybredną publiczność. Płyta aż kipi od nerwowych aranżacji, których cel jest jeden – spiętrzyć cyrkowe, akademickie wprawki, łącząc je w przykuwające uwagę struktury, momentami brzmiące trochę jak kompozycje z cyklu „czy też tak umiecie”. Trudno byłoby nazwać płytę elementarzem dla przyszłych adeptów Polihymnii, bo dojrzałość kompozycji, na całe szczęście, rozgrzesza muzykantów z ich technicznych zapędów. Ważne jest też, że nawet w najbardziej zakręconych fragmentach zespół nie zapomina, że muzyka ma mieć przede wszystkim wyraźny puls, który ułatwia przetrawienie najtrudniejszych formalnie pomysłów. W zasadzie jedynie zamykający płytę, ciągnący się przez osiem minut „Playing the Cold Trade”, zapewnia nieco spokojniejszy i klimatyczny lot i tu malutkie westchniecie – szkoda, że takich momentów nie znajdziemy na płycie więcej.

Co nie zmienia faktu, że po raz kolejny napisałem akapit dłuższy, niż obiecywałem. I nadal nie wiem, dlaczego, po tylu latach ciągle takie gnanie mnie kręci. Być może wyjaśnieniem będzie to, że zespół w gruncie rzeczy swój fundament zbudował na jazzie i starej, progrockowej szkole a nie na metalu, którego mamy tu jak na lekarstwo. Niestety, wiele grup, zaczynających muzykowanie od klasycznego „dżyn, dżyn…” nie jest w stanie przeskoczyć pewnej, mentalnej bariery i gra połamaną muzykę zbyt topornie, o czym w minionych latach nieraz się przekonałem. Zevious, choć prochu na swojej płycie nie odkrył, stanowi pozytywny i nadal potrzebny wyjątek.

Arek Lerch

Cztery