ZEAL&ARDOR – Stranger Fruit (Radicalis Music GmbH)

Szczerze współczuję prawilnym metalowcom, którzy dożyli dzisiejszych czasów. Slayer (kurwa!) ogłosił zakończenie działalności, pożegnalną trasę gra Judas Priest… a młodzież zamiast walić drzwiami i oknami na koncert kolejną dekadę odcinającego kupony od dawno już zapomnianej płyty Blasphemy, żywo dyskutuje nad tworami typu Zeal & Ardor. Jak żyć?

Tak naprawdę to nastał cholernie ciekawy czas dla muzyki. Mimo tego, że nie dzieje się nic zasadniczo nowego, docenić trzeba fakt, że mamy coraz mniej ograniczeń i ram gatunkowych, które sztucznie trzymały w ryzach twórców. Może za parę lat narodzi się z tej wolności coś autentycznie nowego?

Drugi album Zeal&Ardor rozpoczyna się bardzo bluesowo, esencjonalnie. Wydaje mi się, że już na pierwszy rzut ucha da się odczuć, że jest to materiał zdecydowanie bardziej dopracowany brzmieniowo, na którym muzyczny eksperyment zmienia się w świadomie konstruowaną formę. O ile wielkim fanem debiutu nie byłem i jakoś nie do końca trafiało do mnie to specyficzne połączenie, z którego Manuel uczynił znak rozpoznawczy, to teraz praktycznie już w pierwszych dźwiękach czuję, że to nie żart, że mamy szansę z Zeal&Ardor zaprzyjaźnić się na dłużej. Ok, wróćmy do pierwszej myśli. Album rozpoczyna się bluesowym hymnem w postaci „Gravedigger’s Chant”, który płynie tak esencjonalnym klimatem, że świetnie wprowadza słuchacza w nastrój albumu. Rozedrgany, mroczny, gniewny… a to dopiero początek.Z&A

„Stranger Fruit” to album bardzo bogaty w brzmienia i to jest jego największym atutem. Jeśli rok temu wydawało się Wam, że nawiązywanie do black metalu w kontekście tego zespołu jest cokolwiek naciągane, teraz usłyszycie to głośno i wyraźnie. „Waste”, „We Con’t Be Found” to numery, w których metal słychać wyraźnie, a może raczej wyraziście. I ta wyrazistość jest czymś w rodzaju wyznacznika klimatu płyty, co moim zdaniem sprawia, że mimo pozornego stylistycznego błądzenia po omacku słucha się tego wybornie. Zeal&Ardor zdecydowanie okrzepł, skonkretyzował się i nagrał kilka świetnych piosenek w swoim autorskim stylu stojącym gdzieś na skrzyżowaniu pomiędzy bluesem, rockiem, metalem a bliżej nieokreśloną figurą stylistyczną. Mi to pasuje. Warto też odnotować, że Manuel dokonał bardzo ciekawego wybiegu, mianowicie z wokalu uczynił coś na kształt kolejnego instrumentu, który nadaje utworom specyficzny nerw i ciekawie je dopełnia.

Przy okazji „Stranger Fruit” z pewnością powróci pytanie o to czy zespół jest naprawdę nową jakością oraz do kogo jest właściwie adresowany. Mam dla Was radę: nie zaprzątajcie sobie tym głowy. Dajcie szansę muzyce, która moim zdaniem prezentuje się co najmniej ciekawie. Dużo ciekawiej niż na „Devil Is Fine”.

Wiesław Czajkowski

Pięć