ZEAL&ARDOR – Devil Is Fine

Czy potrafi ktoś wskazać muzyczne formy, jakich black metalowcy jeszcze nie wykorzystali w ramach swoistych ornamentów wzbogacających kaskady ekstremalnych dźwięków? Muzyka klasyczna była. Do dzisiaj można ją wyłapać, ale rzadko, w końcu obok gotyckiego metalu to właśnie ona, w połączeniu z sczerniałymi melodiami, przez próbę czasu przebrnęła najboleśniej. O ile w ogóle… Post rock? Występuje do tej pory. Wplatanie elementów tegoż z góry skutkuje pozytywną reakcją ze strony hipsterki, która na chwilę postanowiła opuścić rejony awangardowej elektroniki i zaznać ekstremy. Jazz? Również. Okazyjnie, ale jednak. A soul czy blues? O, właśnie! I tutaj następuje konsternacja. Bo przecież to już przekroczenie i tak luźnej granicy. Być może. W każdym razie temat w taki sposób ugryzł szanowny Manuel Gagneux.

Ów pan i jego pięciu znajomych sformowali skład Zeal&Ardor. Niezbyt black metalowe, nie? Chłopaki, najwyraźniej znudzeni trendem siłowego modyfikowania i eksperymentowania z black metalem, zagrali w sposób, w jaki nie zagrałaby ani norweska horda nihilstów, ani członkowie natchnionego gospel bandu. Dlaczego wyszło im to tak fajnie? Bo naturalnie. Kolesie absolutnie nie próbując nikomu udowodnić rewolucyjności swoich pomysłów, przelali całą gamę  muzycznych fascynacji na papier. Pięciolinię. Kompletnie nie dostrzegają ryzyka, jakie odgórnie drzemie w nadmiernej zabawie kontrastami i bezpardonowym wykraczaniem poza wszelakie konwenanse. W tej chwili rodzi się jednak cholernie ważne pytanie: czy nie robili tak najlepsi? Już nawet wystarczy rzucić okiem na ten szargany do granic możliwości black metal. Czy Sarcofago analizowali, jak ogromna intensywność bije z riffów, które w komplecie z diabolicznymi blast beatami złożyły się na bluźniercze „INRI”? Czy członkowie kanadyjskiego Blasphemy wyraźnie ubolewali nad brakiem zainteresowania ze strony mainstreamu po wydaniu aż do przesady gromiącego „Fallen Angel of Doom”? No właśnie. Łatwo dojść do konkluzji, że Zeal&Ardor również bardzo luźno podchodzą do zasad panujących w tej szufladce. Zresztą… Zasady w muzyce, cóż za trywialność. Wszakże dżentelmeni, którzy w jednym kawałku stawiają na potęgę leśnego riffu rodem z najgłębszych czeluści piekieł i bijące niespotykaną bezpośredniością bluesowe zaśpiewy, chyba nie pojęli definicji słowa „zasada”. Na „Devil Is Fine” najpiękniejszą wartość stanowi siła niedopowiedzeń i zaskoku. No któż o zdrowych zmysłach przypuszczałby po utworze tytułowym, że ci kolesie kiedykolwiek mieli styczność z black metalem? Jakimkolwiek metalem? Tak samo cieszy paradoksalne zestawienie kawałków. „In Ashes” swobodnie lawiruje między black metalowym gniewem a radością muzyki gospel. Już taki mariaż może przyprawić o zbyt intensywną pracę zwojów mózgowych co niektórych gagatków. A zaraz obok niego postawiono przepięknie nawiązujące do oldskulowego techno „Sacrilegium I”. Bezczelni? Jeszcze jak!grafika

Zeal & Ardor spisali się lepiej niż dobrze. Z gracją godną najlepszego olimpijczyka tchnęli powiew świeżości w nieco chaotyczną plątaninę black metalu dzisiejszych czasów. Ale bez nachalnych wtrętów. Bez grania pod publiczkę. Bez zagrywek godnych świeżo upieczonego metalowca z muzycznego talent-show figurującego w ramówce publicznej telewizji. Jest jajo, szatan i… No właśnie, co? Zachęcam do poszukiwań. Przy „Devil Is Fine” oczywiście.

Łukasz Brzozowski 

Pięć