YOUDASH – Astrophobia (Deformeathing Prod.)

Dobra nazwa to podstawa. I w tej kategorii twórcy „Astrophobia” zgarniają wszystkie nagrody. Wygodnie będzie się skandować, jak już staną się popularni, kojarzy się też konkretnie, choć nie wiem, czy Judasz to postać godna naśladowania. Ale dla kapeli metalowej jak znalazł. A jeśli jeszcze przy tym grać umie i ma pomysł na siebie – jest miło.

Death metal się zmienia – banał, prawda? Doświadczyłem tego słuchając „Astrophobii”. Kontakt z tym materiałem unaocznia, jak bardzo zmieniły się tzw. trendy. To co gra rzeszowski kwartet jeszcze parę lat temu mogłoby uchodzić za rzecz nowatorską, względnie przynajmniej oryginalną, a dzisiaj zasługuje co najwyżej na miano klasycznej. I nie oznacza to z mojej strony dezaprobaty a raczej westchnienie ulgi, bo nowy materiał Youdasha jest bardzo „słuchalny”, przywołujący z jednej strony przyjemne wspomnienia Death (w tych bardziej thrash’owych momentach) czy Cryptopsy, kiedy muzycy zaczynają mieszać. A że kombinują bardzo konkretnie, człek nie nudzi się ani przez moment. Sam jestem zdziwiony (chociażby z racji, że ostatnio stronię od takiej muzy…), jak gładko przez trzewia „Astrophobia” przelatuje, nawet kower Acid Drinkers („Strip Tease” z gościnnym ficzuringiem Uappy Terrora), choć zazwyczaj takie posunięcia średnio mnie przekonują, daje radę…Y Recka

I tu zatrzymam się przy wspomnianych trendach. Fakt, że dzisiaj metal niechętnie patrzy na łamańce, spoglądając raczej w stronę psychodelii, brudu i różnych dronów, nie zmienia tego, że techniczny death nadal pozostaje muzyką z wyższej półki. Youdash wygrywa w tym przypadku nie tylko dlatego, że z wyczuciem łączy thrash i death, sprawnie żonglując tymi stylistykami w obrębie riffów, ale potrafi też wprowadzić odrobinę transu w swoje aranżacje i mistrzowsko wykorzystuje sample, na których jak wiadomo bardzo łatwo można się „przejechać”. Ów modny element nie jest tu li tylko dopchany kolanem w formie interludiów; wpleciony w kompozycje zaskakująco zmienia ich smak, rozrzedzając gęstą plątaninę dźwięków. Na szczęście, jest użyty oszczędnie, tak by nie zdominować gitarowej materii. Często powtarzany truizm o potrzebie wsłuchiwania się w muzykę, by wychwycić jej detale, sprawdza się w przypadku „Astrophobii” – w pierwszym podejściu muzyka Judasza wydawała się dość standardowa, po jakimś czasie, faktycznie, wszystkie fajne smaczki wyszły spod intensywnej, zakręconej nawalanki.

Zapewne „Astrophobia” nie znajdzie się w różnorakich podsumowaniach jako płyta przełamująca kolejne bariery, grzechem byłoby jednak przejść obok niej obojętnie, bo przekonuje, że metal śmierci (mimo tharsh’owych wycieczek zaliczam zespół do grona death metalowego…) nadal pozostaje dość witalnym tworem i ma coś do powiedzenia, nawet jeśli stroni od tzw. modnych ścieżek rozwoju.

Arek Lerch

Pięć