YOG – Half The Sky (Division Records)

Szwajcarski YOG para się muzyką, która jakiś czas temu spędzała sen z powiek maniakom patologicznie połamanego grania a obecnie zeszła nieco na dalszy plan. Techniczne granie stało się oczywiste i nikogo już nie  dziwią instrumentalne wygibasy. Na szczęście, od czasu do czasu pojawiają się krążki, przypominające, że mikstura grind/math/core’a nadal powinna być obowiązkową lekturą każdego smakosza objechanego metalu.

Skojarzenie Yog z klimatami rodzaju The Red Chord jest oczywiste; nawet nie staram się udawać, że oto doznałem olśnienia i odkryłem nową jakość w muzyce. Grupa pochodzi z szwajcarskiego miasta o trudnej nazwie, bawi się dźwiękami od 2000 roku i ma na koncie, łącznie z omawianym wydawnictwem, cztery krążki.  W zasadzie zespół nie stworzył na „Half The Sky” muzyki zaskakującej dla wprawnego ucha, zahartowanego na połamanej, jazz grind’owo – metalowej sieczce.

Poszatkowana gra perkusisty, który poza niezliczonymi akcentami i zmianami metrum z upodobaniem używa podwójnej stopy i blastów, wyraźne, operujące w wysokich rejestrach gitary, grające bardzo fajne, miejscami całkiem oryginalne  („Solare Nature”) tematy i wrzeszczący wokalista. Do tego obowiązkowa, kliniczna produkcja, uwypuklająca akademickie umiejętności. Wśród tych połamanych i mocno nerwowych piosenek od czasu do czasu coś przykuwa uwagę. Będzie to np. czystej wody grind/punk „Fistfucking on the Way Home”, gdzie dopiero w końcówce zespół przypomina sobie o obowiązkowym kombinowaniu czy mocno noise’owy „Plastic Child”. W pozostałych przypadkach mamy utwory równo obdzielone wszelkiego typu wyginaniem instrumentalnym. Warto jednak podkreślić, że nie jest to muzyka aż tak trudna, by stała się niezrozumiała. Wręcz przeciwnie – słucha się tego bez specjalnego wysiłku, bo kawałki są na tyle sprawnie zagrane i mimo wszystko dobrze poukładane, że zamiast patologii mamy zwyczajną, agresywną muzę.

Bałbym się nazwać „Half The Sky” elementarzem dla muzyków, bo w dzisiejszych, mocno porąbanych czasach znam zawodników, którzy potrafią z dużo większym zaangażowaniem utrudnić słuchaczom życie. Yog nagrał bardzo solidną, miejscami porywającą, choć raczej nieodkrywczą muzykę, bez której w zasadzie możemy się obejść, choć  w sytuacji, kiedy The Red Chord milczy od trzech lat, mogą jakąś tam malutką lukę wypełnić. I byłoby w zasadzie dobrze, gdyby nie koszmarna, komputerowa okładka, za którą zespół powinien zaliczyć solidnego kopa w dupę…

 

 

Arek Lerch