YO LA TENGO – Stuff Like That There (Matador/Sonic)

Była kiedyś taka scena, zwana poezją śpiewaną czy studencką, sam nie wiem, które określenie głupsze. Jako, żem stary już człek, pamiętam, jak w telewizorze pokazywano relacje z takich festiwali, gdzie brodaci (nie w hipsterskim klimacie, rzecz jasna…), zaopatrzeni w okulary i koniecznie ponaciągane golfy muzykanci z akustycznymi gitarami pitolili poważne i nudne jak cholera kawałki o życiu smętnym i gorzkim. Oczywiście, ów obraz jest przejaskrawiony, ale kiedy odpaliłem nowy krążek Yo La Tengo, od razu przed oczami ponownie zamajaczyły mi takie kadry.

Sformułowanie „nowy krążek” jest nieco błędne, bo niemłodzi muzycy zafundowali nam kolejną po „Fakebook” (1990) płytę głównie z kowerami, ale i nowymi piosenkami czy ponownie nagranymi pieśniami sprzed lat. Zważywszy na fakt wydania ostatniej, autorskiej produkcji w 2013 roku, nie jestem zdziwiony takim przyjemnym śmietnikiem – remanentem. Przecież mają już na karku szósty krzyżyk zatem trudno, by zapieprzali jak młodziaki i płodzili po 15 nowych kompozycji co 24 miesiące. Inna sprawa, że Amerykańce z zadziwiającą regularnością, raczą nas swoim spokojnym, indie rockowym muzykowaniem już od 1986 roku, kiedy zadebiutowali albumem „Ride The Tiger”. Do dzisiaj zespół pozostaje aktywny, gdzieś na poboczu sceny, stroni od sensacji, nie wdaje się w bójki a muzycy nie zmieniają płci. Po prostu nuda – grają i grają. A nowa produkcja to nic innego, jak niezobowiązująca chęć wyżycia się (ponownie jako kwartet – do zespołu wrócił gitarzysta Dave Schramm…) i podzielenia efektami ze słuchaczem.Yo_La_Tengo_by_Dusdin_Condren_hi_res

Jeśli ktoś oczekuje zakrętów, szalonych aranżacji i wywrotowych odkryć, może sobie krążek darować, bo nie ma tu choć jednego, mocniejszego dźwięku. Dominuje akustyczne brzdąkanie, spokojne wokalizy i z ledwością zaznaczona sekcja rytmiczna. Mam wrażenie, że bębny są tu z przyzwoitości, ot, jakieś leciutkie uderzenia w werbelek czy blaszkę, grunt, żeby nie przeszkadzały. Tym samym muzyczny format wpisuje się we współczesną songwriterkę, tym bardziej, że w większości odwołuje się do klasyki rocka i bluesa. Słychać w tych dźwiękach lekkiego, starego ducha psychodelii (np. w williamsowym „I’m So Lonesome I Could Cry”), słychać – a jakże – velvetowe smęciarstwo (pewnie w połowie numerów…), choć czasem pojawia się nieco większa werwa jak w interpretacji kjurowego „Friday I’m In Love”. Dwie nowe kompozycje w zasadzie idealnie wpasowują się w konwencję, a jeśli miałbym którąś wyróżnić, byłby to lekko swingujący song „Awhileaway”. Są wspomniane, ponowne interpretacje autorskich utworów i tu można wyróżnić kawałek „The Ballad of Red Buckets”, pochodzący z płyty „Electr-O-Pura” (1995) ze względu na lekko orientalne smaczki. Całość zlewa się w jeden, wielki, senno-jesienny klimat. Potrzebna jest kawa, opcjonalnie papieros i koniecznie weranda. No i oczywiście – odpowiedni, zblazowany nastrój. Yo La Tengo udowadniają, że niczego już nie muszą. Grają jak chcą i kiedy chcą. Muzyka dla starszego luda z bolącymi stawami i chorym sercem, czyli z sympatią, ale bez oceny.

Arek Lerch

Zdjęcie: Dusdin Condren