YEAR OF THE GOAT – Angels’ Necropolis (Van Records)

Ghost pisze doskonałe melodie, In Solitude porywa opętańczym klimatem, zaś The Devil’s Blood uwodzi aranżami. A Year Of The Goat to pies? Zespół pochodzący z tego samego miasteczka co Marduk, pod koniec 2012 roku wydał swój pełnowymiarowy debiut i z powodzeniem konkuruje z wyżej wymienionymi kapelami. „Angels’ Necropolis” to pięćdziesiąt minut rasowego hard rocka, pełnego harmonii i wpadających w ucho momentów, a także mrocznej retro-atmosfery.

Choć wszystkie te zespoły pojawiły się i odniosły sukces stosunkowo niedawno, granie w tej poetyce do perfekcji opanował już trzydzieści lat temu amerykański gitarzysta i wokalista Roky Erickson. Jego przełomowy album „The Evil One” z 1981 roku to opus magnum demonicznego, ale jakże chwytliwego rocka. Słuchając Year Of The Goat, Jex Thoth czy Ghost, nie można uciec od skojarzeń z piosenkami ojca chrzestnego tego, co dziś uważa się za tak zwany occult rock.

Sekstet z Norrköping wie do czego służą gitary elektryczne. W końcu z nie byle powodu w składzie jest aż trzech gitarzystów, plus gitara basowa. Osiem kawałków, które tworzą album to oparte o klasyczne brzmienie i tradycyjną formę rockowe numery z wyraźną sekcją rytmiczną i smaczkami w postaci delikatnych klawiszy w tle.

Po krótkim, zadziornym „For The King” następuje długa kompozycja tytułowa, łącząca psychodeliczny rock lat 70-tych z ostrzejszymi fragmentami. Kolejne, bardziej bezpośrednie piosenki o potencjale hiciorów, „Spirits of Fire” czy „A Circle of Serpents”, to mocne momenty albumu. Wyjątkowo łatwo wpadające w ucho „This Will Be Mine” czy „I’ll Die For You” to także prawdziwe przeboje o urodzie najlepszych numerów Bon Jovi. „Thin Lines Of Broken Hopes” przynosi zaś wielki finał. Ta dziesięciominutowa kompozycja to wszystko, co najlepsze w Year Of The Goat. Harmonijna aranżacja, idealnie czysto zaśpiewane linie wokalne, początek przebojowy, melodyjny, a w dalszej części więcej gitarowego hałasu.

„Angels’ Necropolis” to sympatyczna wycieczka do korzeni ciężkiego rocka. Szwedzi piszą zgrabne, interesujące kawałki, do których chce się wracać. Choć nie są w stanie na nowo wymyślić koła, ich płyta to najlepszy z możliwych hołdów dla nieśmiertelnej klasyki.

Adam Drzewucki 

Cztery i pół