WUSSY – Forever Sounds (Shake It)

Wewnątrz zespołowe związki zazwyczaj nie kończą się dobrze. Nie zawsze towarzyszą temu spektakularne kłótnie, jak to było w przypadku Fleetwood Mac, ale generalnie – albo obrączki, białe gołębie i nie opuszczę cię aż do śmierci, albo wspólne granie muzyki. Jack White potwierdzi. Podobnie było w przypadku Wussy – Chuck Cleaver i Lisa Walker, nierozłączny od 15 lat duet, będący spiritus movens zespołu, na początku wspólnego grania byli parą, ale wytrzymali jedynie 5 lat. Rozeszli się, ale nie muzycznie. Właśnie wydali szósty album.

Choć niezbyt popularny, a w Polsce wręcz anonimowy, Wussy to zespół nie byle jaki. No, nie każdego Robert Christgau nazywa najlepszą kapelą w Ameryce. Christgau to w sumie też ciekawy koleś. Najgłośniej zrobiło się o nim, kiedy w felietonie po śmierci Johna Lennona zacytował swoją żonę: „Dlaczego nie Paul McCartney?”. Napisał też kiedyś tekst pod tytułem „The Many Reasons To Love Wussy”, w którym to zachwyca się kwintetem z Cincinnati.

Wussy rzeczywiście jak do tej pory nie nagrali słabej płyty, wszystkie są świetne, a „Forever Sounds”, najnowsza produkcja, jest jeszcze nawet lepsza. Po raz kolejny dostajemy porcję melodyjnego, indie rockowego grania, z tym że znacznie bardziej noise’owego, znacznie bardziej mrocznego i, mam takie wrażenie, znacznie mniej przyswajalnego. To bardzo ładne piosenki, ale podane w taki sposób, że po pierwszym przesłuchaniu zupełnie na takie nie wyglądają. Sporo tutaj shoegaze’u, zgrzytliwych gitar, dream popowych wokali, ale też świetnych melodii oraz melancholii. Rozedrgane struktury świetnie uzupełniają się z rozmarzonymi, momentami nieco przerysowanymi wokalami. Tutaj szczególną uwagę należy zwrócić na Cleavera, którego pseudo-falset w „She’s Killed Hundreds” to jeden z lepszych momentów na płycie; podobne zabawy z wokalem słyszymy w mocno rockowym „Hello I’m A Ghost” – Cleaver brzmi jak… duch. Jakby jego głos dochodził z innego pomieszczenia.wussy

„Forever Sounds” jest krążkiem bardzo różnorodnym, ale spójnym. Mamy więc przywołujące na myśl twórczość Nicka Cave’a „My Parade”, gunge’owe „She’s Killed Hunderd”, nieco shoegazowe „Dropping Houses” czy brzmiące jak stare, dobre Pixies „Sidewalk Sale”. W tym pozornym chaosie, artystycznym nieładzie, jest sens. Zespół bazuje na oszczędnej rytmice, przez co – pomimo ścian hałaśliwych gitar i gęstej grze pozostałych instrumentów – muzyka nie przytłacza, a nawet momentami można znaleźć parę chwil na zaczerpnięcie oddechu. To intensywna płyta, pełna napięcia i różnorakich bodźców atakujących nas ze wszystkich stron. W sam raz na nasze czasy.

Paweł Drabarek

Pięć