WULKAN – Wulkan (Music Is The Weapon)

Alternatywa kipi i buzuje. Chyba tylko tak można określić to co dzieje się w krajowym podziemiu. Przykładów jest milion, kolejny to świeże wydawnictwo Music Is The Weapon, czyli prawie rodzinny biznes – Wulkan. Jeśli nie jesteście przywiązani do brzmień gitarowych, na pewno znajdziecie tu coś dla siebie.  

Wspomniałem o rodzinie – sekcja rytmiczna to państwo Piekoszewscy. Marcin w Wulkanie obsługuje bębenki, ale dał się poznać jako basista/wokalista Plum i Woody Alien, z kolei w nowym zespole cztery struny przejęła jego żona Ola, dzielnie dotrzymując bębniącemu mężowi kroku. Jako kompana dobrali sobie Marcina Barana, który w zasadzie jest gitarzystą, tyle, że… w Wulkanie obsługuje instrumenty klawiszowe. Instrumentalne trio (przez moment była jeszcze Zuzanna, siostra Marcina, która porzuciła perspektywę kariery dla nauki), które produkuje muzykę całkiem jak na krajowe standardy oryginalną i zapewne ciut kontrowersyjną, zważywszy na fakt, że cała polska alternatywa gitarami stoi. Co automatycznie powinno wzbudzić czujność każdego, otwartego poszukiwacza dobrej, ciut zakręconej muzyki z niezależnej półeczki. wulkanix

Jeśli ktoś lubił wcześniejsze wcielenie Piekoszewskiego, czyli np. wspomniany, noise’owy Plum, tym razem może poczuć się zdezorientowany. Pierwsze wrażenie jest takie, że dostajemy do rąk coś w rodzaju szorstkiej odmiany synth rocka (jest coś takiego?), jednak im dłużej bawimy się w towarzystwie Wulkana tym więcej świetnych planów odkrywamy. Przede wszystkim – znakomicie pracuje sekcja rytmiczna, plasująca się gdzieś na przecięciu Rodan czy wczesnego Tortoise; Ola preferuje melodyjne podkłady basowe, ładnie komponujące się z bardzo kolorowo pracującą perkusją Marcina. Bardzo takie granie lubię. Na to wszystko nakładają się syntezatorowe opowieści drugiego Marcina. I tu zaczyna się robić ciekawie, bo im bardziej w las, tym większe wpływy krautrocka w muzyce zaczynają pobrzmiewać. Tyle, że w odróżnieniu od klasyków gatunku, Wulkan brzmi bardzo organicznie, tłusto i momentami całkiem melodyjnie. W dodatku zespół zamiast minimalizmu preferuje dobrze zbudowane aranżacje, flirtuje z nowofalowym chłodem a wszystko osiąga swój szczyt w kończącym płytę, rozbudowanym kawałku „Bubu”.

Wydaje mi się, że docenić płytę można głównie wtedy, kiedy zgłębimy się w szczegóły, bo to właśnie aranżacyjne detale stanowią o jej sile. Takie to zwodnicze dziełko – niby proste, miękkie, w rzeczywistości mające sporo do zaoferowania. W dodatku atutem jest oryginalna formuła, która na pewno wyróżnia poznańskie trio z całej masy alternatywnych zespołów. Polecamy!

Arek Lerch

Zdjęcie: Zuza Piekoszewska

Pięć