WOLVES IN THE THRONE ROOM – Thrice Woven  (Artemisia Records)

Przykład Wolves In The Throne Room pokazuje, że lepsze często jest wrogiem dobrego. Za sprawą wydanej przed trzema laty „Celestite”, bracia Weaver dość radykalnie próbowali odciąć się od black metalu i uciec w kierunku elektroniki. Podobny krok jest zrozumiały w wykonaniu chociażby Jamesa Kelly’ego, który swoje fascynacje zaczął na poważnie realizować pod innym szyldem tak właściwie dopiero po uśmierceniu Altar of Plagues. Amerykanie szybko poszli jednak po rozum do głowy i po wybryku, jakim niestety okazało się „Celestite”, wrócili do muzyki, której granie wychodzi im zdecydowanie lepiej.

Owszem, wrócili. Wolves In The Throne Room nie mają zamiaru zbytnio rozwijać swojej formuły i niekoniecznie chcą przeprowadzać kolejną rewolucję. „Thrice Woven” to powrót do sprawdzonej stylistyki, co najwyżej szczegółami różniącej się od tego, co jedni z twórców tzw. „cascadian black metalu” prezentowali na „Diadem of Twelve Stars”, „12 Hunters” czy „Celestial Lineage”. Jeśli poprzednie albumy Wolves In The Throne Room nie przekonywały was do końca, nie sądzę, by tegoroczna propozycja zespołu miała szanse to odmienić. „Thrice Woven” to wciąż głównie muzyka podniosła, dość patetyczna, naznaczona swego rodzaju „folkowym” sznytem i – co nie powinno dziwić, w końcu mówimy o wilkach – to nadal muzyka lasu. Ciągoty w stronę w sumie dość banalnej elektroniki nadal są obecne, wciąż pojawiają się także nieco pretensjonalne żeńskie partie wokalne. Jeśli jednak przymkniemy oko na to, co nieuniknione i z czym trzeba się po prostu liczyć, „Thrice Woven” okaże się naprawdę solidnym albumem. Przyznać muszę, że tym razem wilki wyjątkowo często szczerzą kły i obok typowych epickich tremoli, pojawiają się także całkiem agresywne riffy. Generalnie jednak tegoroczne wydawnictwo Amerykanów pokazuje, że Wolves In The Throne Room najlepiej czują się pośród dobrze sobie znanych drzew. Trzeba przyznać, że służy im też delikatna pomoc z zewnątrz – mam tu na myśli przede wszystkim gościnny udział Steve’a von Tilla z Neurosis, którego obecność w „The Old Ones Are With Us” bez wątpienia jest wartością dodaną.WITTR

W konfrontacji z „The Irrepasable Gate”, zeszłorocznym albumem Ash Borer, kolejnych „wielkich” cascadian metalu, zwycięsko wychodzą jednak chyba Kanadyjczycy. Mimo, że i oni nie postawili zbyt dużego kroku naprzód, są jednak mniej zapatrzeni w przeszłość i nawet nie tyle nie chcą, co nie muszą leczyć bólu głowy po nieudanym skoku w bok. Wolves In The Throne Room nagrali album dobry i solidny, taki, którego oczekiwali fani i taki, którego z pewnością muzycy oczekiwali od siebie samych. Czy jest to album, który wyróżni się na tle pozostałych pozycji w dyskografii zespołu? Raczej bym na to nie liczył. Czy zaburza to jednak w jakikolwiek sposób odbiór „Thrice Woven”? Zupełnie nie. Prawdę mówiąc, ja to się nawet cieszę, że to podniosłe, religijne misterium trwa dalej.

Michał Fryga

Cztery i pół