WOLVES IN THE THRONE ROOM – Celestite (Artemisia Records)

Od więziennych Casio-epizodów Vikernesa, przez fantasy-fantazje Mortiisa po Lordów Wind – przesiadający się z gitar na syntezatory metalowcy napisali niezbyt długą, ale wystarczająco okropną historię. Znaczą ją wydumane, pretensjonalne projekty, których nie sposób strawić, choćby stopy przypalano grudniowym ogniem. Wolves In The Throne Room wydaje się wpisywać w ten słusznie zapomniany nurt, ale o dziwo „Celestite” to fajna płyta o wysokim współczynniku przyswajalności.

Kombinowanie dookoła opisu nowego albumu blackmetalowych hipster-farmerów nie ma specjalnego sensu, wszak sprawa jest prosta. Te syntezatorowe plamy przeplatane tu i ówdzie dronami preparowanej gitary to jak w mordę strzelił hołd dla starych nagrań Tangerine Dream i Klausa Schulze – melancholijny dryf przez Drogę Mleczną i dźwiękowy pamiętnik ostatnich chwil psa Łajki. W pewnym sensie „Celestile” jest albumem bratnim w stosunku do fenrizowych ekstrawagancji spod szyldu Neptune Towers, choć fenrizowe ekstrawagancje były o wiele bardziej prymitywne, to jednak poziom i klasa są porównywalne. Każdy może sobie to zinterpretować jak uważa – kto nie trawi niepiosenkowych struktur i retro-klawiszowej papki, ten powinien poprzestać na blackmetalowym obliczu Wolves In The Throne Room, jeśli takowe jest mu milsze. Kto uwielbia nagrania Tangerine Dream z lat 70. i solowe dokonania Klausa i Edgara z tamtej dekady, ten przynajmniej powinien dać „Celestite” szansę. Jasne, że nic nowego tu nie znajdzie, ale przecież nie o oryginalność tu chodzi. Fani ostatnich dokonań Burzum i posiadacze licencyjnych kaset Mortiisa teoretycznie również mogą odnaleźć się w tych dźwiękach, choć to żadna rekomendacja.V band

Przyznam, że przychylność dla tej płyty podgrzana jest ogólną sympatią do estetyki Krautowego Klawiszowego Kosmosu, nawet, jeśli to tylko stylizacja i udawanie, że Minimoog to najnowszy krzyk mody. Lubię od czasu do czasu dokopać się do perełek typu nagrania Steve’a Hauschildta czy ścieżka dźwiękowa do filmu „Beyond The Black Rainbow”, a „Celestite” idealnie się w ten wykopaliskowy nurt wpisuje, znanymi dźwiękami malując odpowiedni klimat. Doktor Chandra nauczył mnie piosenki, czy chcesz ją usłyszeć, Dave? Zaśpiewaj dla mnie, HAL, chętnie posłucham.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół