WOLFBRIGADE – Damned (Southern Lord)

Z d-beatem mam jak z dubstepem – każdy wam powie, że kocham na zabój, a tak naprawdę pochłaniam tylko pewien ułamek gatunku, w dodatku wcale nie reprezentatywny. Prawda jest taka, że nie mam ćwiekowanej kurtki, nie wymienię z pamięci dwudziestu kapel z nazwami na „dis-„, nie muszę też mieć każdej płyty z czarno-białym zdjęciem dziecka z chorobą popromienną na okładce. Co więcej, z pełnym przekonaniem stwierdzam, że „Damned” zaspokoi moje osobiste roczne zapotrzebowanie na świeże punkowe przytupy.

Cztery lata niebytu, jakie dzielą nowy album Wolfbrigade od poprzedniego, znakomitego „Comalive” to wystarczająco, by zwątpić i w perspektywę i w sens reaktywacji kapeli, która przez kilkanaście lat istnienia nie wypluła słabej płyty. Rozsądek podpowiada, że z imprezy najlepiej wyjść w szczytowym (hm…) momencie, a zespół rozwiązać po najlepszym albumie, ale kto by tam słuchał rozsądku! O dziwo, „Damned” nie tylko nie rozczarowuje, ale po nie przymierzając kilkunastu przesłuchaniach lokuje się w absolutnej czołówce dorobku tych wąskospodniowych Szwedów. Metoda w tym szaleństwie jest prosta – po pierwsze, nie wolno wciskać na płytę więcej niż 35 minut materiału i ani jednego kawałka, który poziomem odbiegałby od pozostałych. Po drugie – d-beat to nie cyrk parodystów Discharge, ale genialna w swej prostocie forma, która spaja i rock’n’rollowy żywioł i crustpunkowe wizje zagłady oraz deathmetalowe piekło. Po trzecie wreszcie – należy wyciągnąć wnioski z brzmieniowych błędów i wypaczeń wcześniejszych dokonań, przemyśleć przesadną surowość „Progression/Regression” i dwuwymiarową selektywność „Prey To The World” i uczyć się na własnych błędach. „Damned” odhacza wszystkie punkty i dorasta w swojej szufladce do miana płyty niemal doskonałej. Praktycznie każdy z tych dwunastu kawałków to szlagier na miarę „Hellhound Warpig” czy „No Heart Bleeds”, entombedowsko brzmiące gitary kroją riffy a’la wczesny Motörhead, perkusja pomyka w charakterystycznym skandynawsko-punkowym stylu, a wokal Micke Dahla jest bliżej Petrov-owej chrypki niż kiedykolwiek. Wszystko to było już wcześniej i jeszcze po wielokroć będzie eksploatowane, ale sztuką jest ustawić znane komponenty we właściwej konfiguracji, co Wilczej Brygadzie udaje się jak, hm, nikomu innemu obecnie.

D-beatową płytę równie łatwo nagrać co spierdolić, naprawdę wartościowych wydawnictw jest raptem parę rocznie, w dodatku większość, zgodnie z duchem czasu, jest gatunkowo nieczysta. Po kilkunastu latach pocenia się w sceny całego świata, przetasowaniach w składzie i sinusoidalnej „karierze”, Wolfbrigade wyrósł na punkt odniesienia dla innych zespołów, klasyka bez zbędnego cokołu i tablicy pamiątkowej. Pośród albumów, o których zapomina się jeszcze w trakcie ich słuchania, „Damned” lśni jak pięciozłotówka na posadzce dworcowego szaletu.

Bartosz Cieślak