WOLF PARADE – Cry Cry Cry (Sub Pop)

Ależ ja lubię takie granie! Wolf Parade to jeden z tych zespołów, który garściami czerpie z ogranych w alternatywnie patentów, ale że garści te ma wyjątkowo pojemne to odkrywanie tej muzyki, jej kolejnych warstw i smaczków, sprawia ogromną frajdę. Pozornie nie dzieje się tu wiele, brak ekwilibristycznych popisów czy wymuszonego eklektyzmu – takiego wrzucania do jednego wora wszystkiego, czego się da – ale jak dostaniemy czasem w twarz melodią, groovem albo riffem to klękajcie narody. Siła tkwi w prostocie. Nic tylko siadać i słuchać.

„Cry Cry Cry” nie jest taneczną płytą – to nie są wibracje znane choćby z „Reflektor” innego kanadyjskiego zespołu, Arcade Fire – ale ma w sobie coś, co nie pozwala słuchać jej bez podrygiwania w takt muzyki. Wszystko opiera się na prostych rytmach i wzajemnej współpracy pianina z przesterowaną gitarą, która w większości przypadków pozostaje w tle, zaznaczając swoją obecność pojedynczymi dźwiękami rzucanymi raz po raz jakby od niechcenia. Wyjątkowo fajnie słychać to w „Weaponized”. Gitara dopełnia jedynie obrazu całości, ale pozostaje niemal niezauważona. Wyróżnia się też „Valley Boy” poświęcony Leonardowi Cohenowi, w którym to słychać echa twórczości Davida Bowiego, również zmarłego w poprzednim roku. Did you know that it was all gonna go wrong?/ Did you know that it would all be more than you could bear? – pyta Spencer Krug, zwracając uwagę na fakt, że twórca „Songs Of Love And Hate” zmarł na dzień przed wyborami w USA. W „Am I an Alien Here?” Krug wspomina śmierć Bowiego (And I had a dream that he died, and he died, then he died, and then mama died too/ And somewhere in the world an evil genius was on the rise/And then Bowie died, and everyone said/ Oh, what are we gonna do). Cóż, teksty nie napawają optymizmem. Raczej wpędzają w melancholijny nastrój.WP

Jest wiele takich momentów, w których Wolf Parade brzmi jak któryś z tych jakże modnych dekadę temu nowofalowych garażowych zespołów w stylu Franz Ferdinand czy The Strokes. Co prawda mniej u Kanadyjczyków przebojowości i, hehe, rockowego pazura, ale wibracje podobne. Posłuchajcie choćby „Artificial Life” czy „You’re Dreaming”. Mnie jednak najbardziej podobają się utwory, w których panowie odjeżdżają w nieco patetyczne, quasi-progresywne klimaty, vide „Baby Blue” oraz „Weaponied”, zagrane z pompą, rozmachem, ale okraszone świetną melodią i wcale nie gorszym groovem. W zasadzie trudno mówić o słabym punkcie „Cry Cry Cry”. Ok, chciałoby się, aby był to album nieco bardziej zróżnicowany, aczkolwiek nie jest to wada drastycznie zakłócająca radość ze słuchania. Oby na następny krążek Kanadyjczycy nie kazali nam czekać kolejnych 7 lat…

Paweł Drabarek

Pięć