WITHIN THE RUINS – Elite (Good Fight Music)

Nie przypuszczałem, że którykolwiek metalowy album na początku tego roku tak mną pozamiata. Ferwor i kunszt z jakim już od ładnych paru lat grają panowie z Within The Ruins powinien robić wrażenie na każdym, z oponentami wszystkiego co ‘’core’’ włącznie. Zresztą, tak jak w przypadku Veil of Maya, tak i u Within The Ruins, to, co nazywamy breakdownami jest tylko ich wariacją, i znacząco wymykają się ich podręcznikowej definicji.

Ale nie o breakdowny tutaj chodzi, a o NIESAMOWITĄ, często mocno inspirowaną muzyką klasyczną grę gitarzystów (a teraz gitarzysty), którzy słyną z pisania, nie bójmy się tego powiedzieć: dosłownie i w przenośni pojebanych melodii. Nie wiem z jakich harmonii korzystają i w jakich skalach grają te swoje ‘’melodyjki” ale nikt nie pisze takich partii tak jak on (Joe Cocchi). Dodajmy do tego oszałamiającego perkusistę (sprawdźcie widea z koncertów, kto to widział mieć tak nisko hi-hat??!?!?!), który z łatwością poradziłby sobie nie tylko w kapelach tech death, ale przede wszystkim w math-metalowych projektach, a nawet w Psyopus. Groove jaki kładzie Kevin McGuill zmusza do machania baniakiem. Kto tego nie uczyni w trakcie przejść w „Solace” czy w ramach wieńczącego album, pozbawionego wściekłych growli  „Dreamland”, ten buła.  

Krytycy zarzucają muzykom z Westfield w stanie Massachussets,  że nie rozwijają swojego stylu. To dość odważne zarzuty, ale w pewnym stopniu jestem w stanie je zrozumieć. „Invade”, a następnie genialna ep – ka „Omen” wyznaczyły nowy kierunek dla tych panów, a co najmniej zaskakujące covery Metallica i Kansas mogły rozbudzić apetyt na coś jeszcze bardziej złożonego, wykraczającego poza deathcore/metalcore – jak i sam death metal. Być może, pozostanie w swoim „Comfort zone” im odpowiada, a to, co najlepsze dopiero nam pokażą. Choć, przyznam, że i tak poziom „Elite” powinien wprowadzić w zakłopotanie większość kolegów z podobnych im kapel, z naciskiem na A Plea For Purging.
 
Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery