WITHERSCAPE – The Northern Sanctuary (Century Media)

Dan Swanö jest dla mnie kimś na wzór Midasa. Cholera, przecież to po prostu w 100% szwedzki odpowiednik niezbyt inteligentnego greckiego władcy. Wszystko, czego dotknie, od razu zamienia w złoto. Dowody? Edge of Sanity – checked! Pan.Thy.Monium – checked! Karabouijdan – checked! Nightingale i wiele innych – checked! Parę lat temu postanowił przypomnieć sobie o tym, jak bardzo kocha klasyczny heavy metal i bum! Tak oto powstało Witherscape, którego najnowsze wydawnictwo powinno zainteresować każdego, kto lubi przebojowe podejście do łojenia.

Jeśli zajrzycie sobie na Metal Archives, lub gdziekolwiek indziej, najnowszy materiał skandynawskiego wizjonera i jego pomagiera (w osobie Ragnara Widerberga z Shadowquest) opatrzony zostanie terminem „progressive death metal” – albo jeszcze śmieszniej – „atmospheric death metal”. W żadnym wypadku nie wierzcie w te zabobony, bowiem „The Northern Sanctuary” z death metalem ma tyle wspólnego, co niżej podpisany z wyścigami samochodowymi. Witherscape na swoim drugim krążku wyłożyli kawał muzyki przebojowej i jednocześnie ambitnej. Pan Swano zadbał o niezbędną dawkę wpadających w ucho, nośnych melodii. No, bo jak nie nucić refrenu takiego „Wake of Infinity” bądź „In the Eyes of Idols”? Jego uwielbienie do dźwięków bardziej progresywnych da wyczuć się także w skomplikowanym, pełnym technicznych zawijasów utworze tytułowym, bardzo udanie wieńczącym płytę. Na szczęście, techniczny przepych nie stanowi tutaj celu samego w sobie, i bardzo dobrze! WS

Dobrze, zanim zaczniecie burzyć się, że nic nie wiem, i tu musi przecież być death metal, odpowiadam: tak, jest, ale tyle co kot napłakał. Jedyne nawiązania do śmiercionośnego łupania to głęboki, niedźwiedzi growling Dana i… wszystko. Riffy kipią wręcz od wpływów Judas Priest i Mercyful Fate, a Swanö wyjątkowo często miast wydzierania się w nieskończoność, preferuje czysty wokal. Najlepszym tego dowodem stonowane „The Marionette”, gdzie ów pan nie kryje swoich inspiracji pierwszymi krążkami Foreigner. Oprócz heavy metalu i progresywnego rocka na materiale miło pobrzmiewają prawdziwie hard rockowe inklinacje, a czasami nawet thrashowe kostkowanie – to ostatnie w ramach czystej ciekawostki, może nawet nie do końca zamierzone. Zachwyca również praca sekcji rytmicznej, Dan w roli bębniarza dalej radzi sobie co najmniej dobrze i doskonale wie, że charakterystyczny beat znaczy o wiele więcej od sypania „kartofli” na werbel. Sami powiedzcie – czy do bólu striggerowana perkusja rodem z albumu Infant Annihilator to coś, co przykuwa uwagę na dłużej niż parę minut?

No i co? Tyle z seansu, moi mili. Dan po raz kolejny potwierdził, że jest typem muzyka, który nigdy nie wypada z formy, a jego materiały zawsze można postawić na wysokiej półce. „The Northern Sanctuary”, mimo aż nadto oczywistego braku oryginalności i, momentami, do przesady ckliwych melodii, to album, którego można słuchać w nieskończoność. I pisząc właśnie te słowa, nucę pod nosem refren „God of Ruin”, cóż za przebój…

Łukasz Brzozowski

Pięć