WITCHTRAP – Vengeance Is My Name (Hells Headbangers)

Najbardziej z całej tej płyty podoba mi się okładka przedstawiająca polowanie na wielkiego mamuta. Gdyby muzyka Witchtrap była chociaż w połowie tak dobra jak obiecuje to wspomniany obrazek, to zakochałbym się w niej już od pierwszych dźwięków. Niestety, choć Kolumbijczycy bardzo mocno nawiązują do niemieckiej kwadratowości Kreator, Sodom i Destruction, to brak im zacięcia jakie miały w 1939 roku oddziały Wehrmachtu… Wróć, oczywiście na myśli miałem zespoły z zagłębia Ruhry i lata 80.

W przypadku wydawnictw z Hells Headbangers mamy zazwyczaj do czynienia ze składaniem hołdu mniejszej lub większej metalowej klasyce, ale choć większość zespołów z tej stajni prezentuje wysoki poziom, to jednak nie wszystkie te płyty warte są wydania ostatnich groszy z kieszonkowego. Co prawda „Vengeance Is My Name” to w gruncie rzeczy fajny krążek, ale obok naprawdę porywających riffów znalazły się tu także fragmenty wywołujące lekkie znużenie, a wokalista brzmiący niczym nastoletni kuzyn Mille Petrozzy nie zawsze potrafi pociągnąć to wszystko do przodu. Niewiele tu pomoże uwielbienie dla metalu, które jest u muzyków Witchtrap tak wielkie, że nawet jeden z utworów na swojej płycie postanowili zatytułować „Metal”. Cytaty gonią tu cytaty i aż chciałoby się powiedzieć „fajnie, że ktoś tak jeszcze gra”, gdyby nie fakt, że zespołów tak grających jest dzisiaj więcej niż tych, które w swojej muzyce przynoszą powiew świeżości. A przecież właśnie to niosła ze sobą twórczość Kreator czy Sodom na ich pierwszych płytach.

Problem Witchtrap tkwi chyba jednak nie tyle w kroczeniu przetartą ścieżką, co w robieniu tego niejako na pół gwizdka. No, może nie na pół, ale tak najwyżej na 80%. Zwyczajnie mam wrażenie, że grając nie idą na całość, że wszystko to jest w jakimś stopniu wykalkulowane, pozbawione tego pierwiastka metalowego fanatyzmu, który wywindował płyty w rodzaju „In the Sign of Evil” czy „Infernal Overkill” do rangi klasyki. Dlatego pewnie nikt nie będzie sobie logo Witchtrap wycinał żyletką na ręce ani ozdabiał nim okładki zeszytu do matematyki. Może i wróciły na chwilę katany, „telewizory” i białe adidasy, ale rozum wciąż jeszcze nie śpi i thrashowe demony jakoś nie chcą się na nowo obudzić.

Michał Spryszak