WITCHMASTER – Antichristus Ex Utero (Osmose Production)

Witchmaster chyba już na zawsze kojarzył mi się będzie z zajechaną na śmierć taśmą „Masochistic Devil Worship”; tych szesnaście numerów to była i nadal jest potężna dawka metalu w najbardziej obskurnej i dzikiej formie. Powiedzieć można – w jedynie słusznej formie. Od czasu wydania pamiętnej płyty zespół przeszedł długą drogą, wypuszczając na świat kilka kolejnych produkcji lecz moim skromnym zdaniem poziomu gwałtowności i upodlenia jaką raziła „dwójka” nie udało się im przekroczyć. Owszem, drutem kolczastym po twarzy okładała niezła „Trucizna”, wybić zęby starała się świetna ep-ka „Sex Drugs and Natural Selection”, ale za każdym razem czułem, że to darzona niemal sentymentalną miłością a wspomniana w pierwszym zdaniu płyta była najlepszą z najlepszych jakie spłodził ten zespół. Dlatego też sięgając po najnowsze dzieło Witchmaster czułem coś na kształt niepewności – a co jeśli okaże się, że nagrali materiał, który moje sentymenta obróci w pył? No cóż, po niemal tygodniowym katowaniu się „Antichristus Ex Utero” należy potwierdzić jedno: jest to jedna z lepszych, stricte metalowych płyt jakie ukazały się w tym roku…

Niemniej ważne jest to, że w moim odczuciu płyty tej absolutnie nie należy rozpatrywać w kontekście dzieł z lat minionych. Witchmaster AS.2014 gra tu i teraz i jak dla mnie lepszej płyty dziś nagrać nie mógł. „Antichristus Ex Utero” ma w sobie wszystko to za co kocham metal w archetypicznej gatunkowo formie. Płyta wprost kipi nienawiścią i zniszczeniem totalnym a z drugiej strony chyba nigdy do tej pory zespół nie zaserwował nam tak otwartej a jednocześnie klasycznej podróży przez świat muzycznych inspiracji.

„Antichristus Ex Utero” to jedenaście plugawych i chorobliwie wulgarnych hitów, w których więcej jest dziś Slayera i Venom niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiem i nie mnie to oceniać czy jest to kwestią jedynie brzmienia a może bardziej aranżacji, ale muzyka Witchmaster zyskała paradoksalnie na świeżości i dynamice poprzez totalny „w tył zwrot”. W moim, subiektywnym odczuciu w muzyce tego bandu nigdy nie było tak dużo lat 80-tych jak dziś. Oczywiście, nie ma w tym nic odkrywczego, ale thrash/black’owym strzałom pejcza jakie upodobał sobie Witchmaster, taki zwrot ku klasyce nadał więcej klasy i polotu niż kiedykolwiek wcześniej. Już pierwszy strzał czyli numer tytułowy to doskonały przegląd tego co wydarzy się na płycie. Cholernie dynamiczna, a jednocześnie surowa rytmika jest tu podstawą, na której krzyżują się jadowite, thrash’owe riffy. Całość podana w dość obskurnej formie już na starcie wybija kilka zębów. Szybkie, wulgarne tempo i skrzekliwy wrzask Bastisa’a dopełniają dzieła zniszczenia. Już po pierwszym numerze wiem, że będzie dobrze. Wiem, że raził będę wasze oczy kolokwializmami i truizmami na jakie mogą pokusić się tylko metalowcy, ale słowa te idelnie pasują do tego by opisać zawartość z niemałym trudem recenzowanego krążka. Kolejny hit to „Fire Starts from the Mouth” czyli początkowo dość spokojna, pęczniejąca ciągle obecnym punkowym nerwem rzeź. Po raz drugi powiem – jest dobrze. I tak naprawdę mógłbym słowa te powtarzać do końca płyty, bowiem każdy utwór trzyma poziom.Witchmaster

Pisałem już o tym, że według mnie nowe dzieło Witchmaster to nic innego jak odświeżenie dotychczasowej formuły. Moim zdaniem, zespół dodał do swojej wulgarnej stylistyki kilka co najmniej upiększających elementów. I tak „Caricature of Humanity” razi wręcz heavy metalowym sznytem a „Attack and Release” to nic więcej jak hołd złożony na ołtarzu z krawym napisem Slayer. „Antichristus ex Utero” zawiera takich smaczków całe mnóstwo. Efekt jest taki, że tradycyjne w wydaniu tego zespołu, smaganie pejczem po przyrodzeniu nabiera wielu kolorów i wykwintności. Moim skromnym zdaniem, jest to jedna z lepszych, metalowych płyt jakie miałem okazję słyszeć w ostatnich kilkunastu miesiącach. Koniec. Kropka.

Wiesław Czajkowski

Pięć