WISHMASTER – Mark of the Beast (wyd. własne)

Od początku muzycznej tułaczki szczecińskiego Wishmaster upływa właśnie 11 zim, a dotychczasowy dorobek owych trzech śmiałków prezentuje się na dzień dzisiejszy raczej skromnie. Cóż, nie o ilość przecież idzie, a o jakość materiałów sygnowanych tytułowym znakiem Bestii…

Ta natomiast nie daje najmniejszych powodów do narzekania. Pierwsza moja styczność z muzyką Pomorzan miała miejsce przy okazji wydanej dwa lata temu EP-ki „Hunting the Man”. Już wtedy dało się wyodrębnić kilka charakterystycznych komponent stylu, jaki prezentują po dziś dzień – wrażenie robiła podniosła atmosfera, majestatyczna rytmika i rozbudowane, doskonale melodyjne partie solowe gitar. Z drugiej strony, muzyka Wishmaster od zawsze miała w sobie pewien pierwotny, cholernie surowy element. Tradycji tej panowie hołdują również na wydanym rok temu promo „Mark of the Beast”. Zestaw dobrany niezwykle oszczędnie – w ciągu niecałych 20 minut otrzymujemy dwie kompozycje autorskie oraz dwa covery – powstał w masowo ostatnio nawiedzanym przez krajowe skupiny świebodzińskim Metal Sound Studio. Ton całości nadaje otwierający numer tytułowy, oparty na chwytliwym, rozbujanym riffie, przywodzącym na myśl to, co ostatnimi czasy wyprawia Satyricon. Nie zabrakło również załamań dynamiki w postaci spokojniejszych gitarowych pasaży w środku numeru. Dalszą część programu stanowią wspomniane wcześniej przeróbki; na tapetę poszły „The Sign of Evil Existence” Rotting Christ i – za co Wishmaster należy się tutaj szczególne wyróżnienie – „Dominion” z repertuaru szwedzkiej Ophthalamii. Wykonanie obu songów dość mocno zbliżone jest do oryginałów, co jednak, mając na względzie spójność stylistyczną materiału, potraktować należy in plus. Ostatni w kolejności autorski numer „False Image of God” przywodzi miejscami na myśl zawartość poprzedniego materiału. To długi, by nie rzec – ciągnący się w nieskończoność, metalowy epos. Krótko mówiąc, otrzymaliśmy kolejne wydawnictwo, kontynuujące zapoczątkowaną przed laty drogę szczecinian. Rzeczą, która zdecydowanie czyni „Mark of the Beast” nagraniem mniej udanym od „Hunting the Man” jest jednak sam dobór zawartych na nim piosenek. O ile każda z nich robi bardzo dobre wrażenie, o tyle zabrakło mi tutaj trochę tej ciągłości, jaką odznaczała się EP z 2008 r. Słuchając jej miało się wrażenie, że sekwencja poszczególnych utworów jest nieprzypadkowa. W przypadku „Mark of the Beast” możemy mówić jedynie o zbiorze paru udanych kawałków, zawieszonych gdzieś pomiędzy black i heavy metalem. Pozostaje jedynie czekać na pierwsze pełnometrażowe uderzenie w wykonaniu Wishmaster. To nie żadne pobożne życzenie, tylko rozkaz!

Cyprian Łakomy 4.5