WINTERFYLLETH – The Dark Hereafter (Candlelight)

Zawsze uważałem Winterfylleth za taki angielski odpowiednik Emperor. Wiadomo, może nie dosłownie, ale w twórczości Brytyjczyków atmosfera takiego „Anthems To The Welkin At Dusk” właściwie od początku była bardzo, bardzo wyczuwalna. Nie powiedziałbym jednak, że stanowi to dla mnie jakiś większy problem – w końcu to moja ulubiona płyta Emperor.

„The Dark Hereafter” to piąty album w karierze Winterfylleth i prawdę mówiąc, nie nazwałbym go szczególnie zaskakującym. To wciąż dobrze znany fanom grupy stosunkowo melodyjny, „miękki” black metal. Wbrew nazwie, na próżno szukać w tej muzyce większej ilości czerni, nie doświadczymy też tutaj zbyt dużo typowej dla gatunku siarki, również atmosfera nie wydaje się zbyt gęsta. Winterfylleth to niekoniecznie jest black metal, który byłbym „moim” black metalem. Teoretycznie, propozycja Brytyjczyków jest zbyt gładka, zbyt grzeczna, za bardzo melodyjna, żeby nie powiedzieć – oczywiście jak na standardy gatunku – ulukrowana. Osobiście w tej muzyce szukam przede wszystkim znamion obłędu i szaleństwa, klimatu, który w pewien sposób można by odebrać jako patologiczny. Nie oszukujmy się, jest to muzyka stricte ekstremalna i również taki powinien być jej przekaz. Winterfylleth natomiast śmiało możemy wcisnąć do szufladek w rodzaju „atmospheric black metal” czy „pagan black metal” – jakkolwiek by to nie brzmiało, zarówno do jednej, jak i do drugiej Anglicy pasują idealnie. Klimat „The Dark Hereafter”, podobnie jak poprzednich albumów Winterfylleth, jest zdecydowanie epicki. Warto jednak zaznaczyć, że jest to nieco inny rodzaj patetyzmu niż np. bitewne hymny Primordial. W muzyce Brytyjczyków jest znacznie więcej lasu, przez co można wysunąć pewne skojarzenia choćby z Agalloch, aczkolwiek Winterfylleth jest chyba jeszcze bardziej wygładzony. Poszczególne utwory oparte są przede wszystkim na bardzo melodyjnych riffach gitary, wspartych przez – momentami – pięknie old schoolowe partie bębnów (posłuchajcie jak brzmią w utworze tytułowym albo „Pariah’s Path”). Gdzieniegdzie typowo black metalowy skrzek wspierany jest przez czyste partie wokalne – dzieje się tak w „Green Cathedral” i przede wszystkim „Led Astray In The Forest Dark”. Niestety, zupełnie niepotrzebnie, bo jest to tylko kolejna łyżka miodu dolana do i tak już bardzo słodkiej herbaty.winterfylleth_2016_x4-2

Póki co, ta recenzja wydaje się Wam wylewaniem wiadra pomyj, hm? Otóż nie jest tak do końca. Jakby nie patrzeć na wymienione wyżej niewątpliwe wady „The Dark Hereafter”, zarówno klimat, jak i całkiem zgrabne melodie wciągają. Przyznam, nie jest to na pewno album, o którego istnieniu będę pamiętać pewnie nawet i za pół roku, jednak jego słuchanie nie sprawia bólu. Powiem więcej – do momentu „Green Cathedral” jest to naprawdę fajny krążek. Szkoda, że dwa ostatnie utwory nieco przelewają czarę słodyczy i sprawiają, że lekko mnie mdli… Dobra, nadal rzucam w ten album gównem. Nie umiem powiedzieć, co dokładnie, ale coś mi się jednak na tej płycie podoba… Może właśnie ten duch Emperor? A może po prostu ci goście umieją mimo wszystko napisać fajne, nośne utwory, z wcale niezłym klimacikiem?

To powiem tak – polecam tym, którzy jeszcze nie potrafią w black metal. Wielbiciele chorych jazd nie znajdą tutaj dla siebie nic ciekawego.

Michał Fryga

Trzy i pół