WINO & CONNY OCHS – Heavy Kingdom (Exile On Mainstream)

Zbliżająca się wielkimi krokami premiera nowego albumu Saint Vitus zapowiada się na wydarzenie fetowane co najmniej, jakby Scott „Wino” Weinrich został wybudzony z hibernacji po dwudziestu latach. A przecież ten zasłużony dżentelmen nagrywał i wciąż nagrywa płyty, które mało kto choćby zauważa, przynajmniej poza kręgiem doom/stonerowych fanów na zabój. Nagrany wespół z niemieckim muzykiem Conny Ochsem „Heavy Kingdom” wydaje się być skazany na przyćmienie przez „Lillie: F-65” i smutno się robi na myśl, że jednej z najlepszych płyt tego roku wysłucha w Polsce kilkanaście, może kilkadziesiąt osób. Spróbujmy temu zapobiec.

Historia powstania „Heavy Kingdom” to nieomal takie muzyczne „Brokeback Mountain”, ale trudno oderwać ten album od kontekstu okoliczności, w jakich powstał. Iskra porozumienia między artystami reprezentującymi inne pokolenia (i kontynenty), materiał komponowany na malowniczych plażach wyspy Rügen, pełne szacunku pokłony składane sobie wzajemnie przez dwa autentyczne talenty – jako wyznawca Oświeconego Kościoła Genialnych Kolaboracji Muzycznych, wznoszę oba kciuki w górę. Przeorany przez życie dziadek Wino i gnijący w swojej niszy bard Conny Ochs uchwycili ten sam genialny pierwiastek, który lata temu odkrył Bruce Springsteen siedząc z gitarą w swojej kuchni i rejestrując od czapy piosenki, które potem złożyły się na rozdzierający album „Nebraska”. Formalna prostota – dwie gitary, dwa głosy – generuje ładunek treściowy i emocjonalny, którego z bezdusznych podmiotów nie wydusiłoby najdroższe studio. W moim odczuciu, „Heavy Kingdom” nie mieści się w tej samej szufladce, co oniryczny Jonathan Wilson, Bon Iver czy cyniczno-zgryźliwa narracja Billa Callahana, by wymienić tylko tych głośniejszych reanimatorów etosu songwritera. Zdecydowanie dobitniej słychać tu te same nuty, z których korzystali Townes Van Zandt, ród Williamsów, Greg Allman czy wspomniany Boss na „Nebrasce” i „The Ghost of Tom Joad”, a „Vultures by the Vines” spokojnie mógłby wyjść spod kostki Kurta Cobaina. Proste, przeważnie akustyczne utwory sięgają do tradycji bluesowo-folkowych pieśni pędzonych nieodpowiednimi kobietami, litrami taniej wódy i bólem życia.

Wydany w 2009, skądinąd sympatyczny, debiut supergrupy Shrinebuilder kłuł w uszy przepychanką Wino i Scotta Kelly, którzy na tej płycie zachowywali się jak para w trakcie rozwodu, gdzie Al Cisneros i Dale Crover robili za dom i dzieci do podziału. Na „Heavy Kingdom” obyło się bez szarpaniny osobowości o to, komu uda się przeforsować więcej własnych koncepcji. Wino i Ochs grają i śpiewają, jakby przez cały czas swoimi dźwiękami czapkowali sobie i przepuszczali się w drzwiach – starszy nie patrzy z góry na młodszego, młodszy nie wygryza nestora ze stołka. Jest dialog osobowości, wzajemny szacunek i piosenki, które można by pisać przy ognisku, a które drą serce na strzępy. W przypadku takich albumów pompatyczny ton wskazany jest jak najbardziej, bo tu nie struny, a dusze grają.

Bartosz Cieślak