WIEŻE. FABRYK – Cel i światło (Oficyna Biedota)

Wieże. Fabryk to łódzki zespół, który powstał wiele lat temu i gdzieś tam sobie coś dłubał, efektem czego są dwie płyty z muzyką tak katorżniczą, że aż fajną, choć ostatnie słowo ma się do „Celu i światła” jak kwiatek do kożucha. Najnowsze dzieło jest klasycznym przykładem zimnofalowego grania na najwyższym poziomie, jeśli zatem ktoś chce się zdołować, lubi lata 80 – te a przede wszystkim dobrze zagraną muzykę, może już przywdziewać czarną koszulę, oczy potrzeć cebulą, co by łzawiły jak trzeba i szukać w ofercie Biedoty niniejszego krążka.

Słuchanie upalnym latem „Celu i światła” jest straszliwym bluźnierstwem albo herezją, zależnie z jakiej strony spojrzymy na sprawę. Trudno używać w stosunku do tego zespołu jakichś słów o pozytywnej konotacji, skoro tworzą oni muzykę, przy której Ian Curtis jest pijanym ze szczęścia nastolatkiem. Jeśli szukamy jakichś odniesień do twórczości łodzian, najlepszym będzie „Nowa Aleksandria” Siekiery. Podobny jest klimat, użyte środki i pulsacja, różne jedynie czasy powstania. Jeśli przyjąć, że muzyka ma wywoływać w nas określone reakcje emocjonalne i być czymś w rodzaju wehikułu czasu, projekcji pewnej rzeczywistości, Wieże. Fabryk przenoszą nas w rok 83, ustawiają w szarej kolejce do sklepu, nad którym góruje gmach ponurej fabryki. Mniejsza o to, co produkuje, ważne, że dymi i rzuca na nas swój cień. W sklepie, kiedy wreszcie dopchamy się do lady, nie ma nic poza solą i octem, udaje nam się kupić tylko suchy bochenek chleba a wychodząc natykamy się na pijaczka a zaraz za nim patrol milicji. Zestawmy teraz ten obrazek ze słowami, jakie znajdziemy w lirykach Wież – „kłęby dymu”, „duszę się”, „pustka”, „szare chmury” itp. Nic dodać nie trzeba. Pomijam w tym miejscu fakt, że mój prywatny obraz owej, przywołanej tu dekady „po stanie wojennym”, jest nieco inny; wpisując się w ogólną retorykę, Wieże. Fabryk, tworzą obraz może i lekko sztampowy, ale bardzo wyraźny, zły, dołujący i … szczery, jak sądzę, bo przecież i dzisiaj nie brakuje wokół nas rzeczywistości mało wesołej.

Teraz czas na ogarnięcie środków, jakimi ów efekt uzyskują. Kto zna dokonania polskich zimnofalowców, wie, że oszczędność w wykorzystaniu dźwięków jest najważniejsza. Podstawą jest tłocząca ołów w żyły sekcja rytmiczna z mechanicznie pulsującymi bębnami i prującym, dołującym basem. Gitara zamiast riffów zapodaje krótkie komunikaty – melodyjki, zapętlone i hipnotyzujące, jako idealny podkład pod beznamiętnie deklamowane teksty – manifesty. Tu warto się na chwilę zatrzymać, bo liryki stanowią całkiem ciekawy, poetycki kolaż, osiągany równie minimalistycznymi środkami. Zdawkowe, rwane zwroty, wyprane z emocji niczym strzępki radiowych komunikatów, potrafią egzystować poza dźwiękiem, co jest dużą zaletą i prowokuje wręcz do przypuszczeń, że równie dobrze sprawdzą się jako np. tomik poetycki. Wszystko składa się na muzykę może i odpychającą, ale także bardzo transową. W dzisiejszych czasach Wieże są ewenementem, bo tak nikt już nie gra, a jednocześnie dźwięki takie, może za sprawą popularnego sentymentu do lat 80 – tych, są w jakiś perwersyjny sposób atrakcyjne. Wieże są jednak zespołem grającym tu i teraz, dlatego daleko im do nieudolnie rejestrowanych prób z dawnych lat. Płyta „Cel i światło” to kompletny, profesjonalny produkt – brzmi doskonale, opatrzona jest świetnym layoutem, dobrano też grafikę, tak by nie odstawała od „ponurości” konceptu, w podobnej tonacji utrzymano zdjęcia grupy. Słowem – zadbano o wszystko, tak, by każdy, kto zetknie się z zespołem, miał poczucie autentyczności. To ważne, bo w kontekście faktu, że grupa w dużej mierze „odtwarza” klimat epoki pre – kapitalistycznej, realizując to za pomocą muzyki z „okresu”, łatwo o parodię. Wieże jej unikają.

Nie wiem, jak zareagowałbym na muzykę Wież w 85 roku. Dzisiaj mi się podoba, ale jest to inny rodzaj „podobania”, nie podszyty sentymentem, jaki czuję, kiedy słucham np. opluwanych kiedyś Spandau Ballet czy nawet wczesnych The Cure. Dzieje się tak dlatego, że czuję autentyzm „Celu i światła”. Sprawdziłem go 14 maja, w palącym słońcu. Jest. Działa. I boli.

Arek Lerch

Cztery i pół