WIEGEDOOD – De Doden Hebben Het Goed III (Century Media)

Trzy lata i trzy albumy – tyle wystarczyło, by flandryjski Wiegedood stał się jedną z ciekawszych nazw na scenie europejskiego black metalu. W dobie, gdy muzyka ekstremalna staje się coraz bardziej eklektyczna i mniej oczywista, Belgowie stawiają na klasyczne wzorce rodem z pierwszej połowy lat 90. I choć tegoroczny album – przy okazji zamykający trylogię „De Dodden Hebben Het Goed” – nie przynosi większych zaskoczeń i stanowi płynną kontynuację poprzednich wydawnictw, wciąż stanowi potwierdzenie wysokiej formy grupy. Co warte podkreślenia, formy pozbawionej kombinatorstwa, opartej na prostocie emocji i do maksimum wykorzystującej sztandarowy dla gatunku chłód.  

A.G.: Pewna ciągłość wydawnictw Wiegedood wychodzi już z faktu zamknięcia tych płyt w formule trylogii. Za tym ruchem idą – niby prozaiczne, acz jakże wiele mówiące – łudząco podobne tytuły i okładki kolejnych krążków. Wszystko to jeszcze przed premierą „De Doden Hebben Het Goed III” kazało wyczekiwać płyty będącej naturalną kontynuacją poprzedników. I rzeczywiście – wymieniając się pierwszymi spostrzeżeniami w temacie, stwierdziliśmy, że niespodzianek nie ma. Paradoksalnie, nie musi to stanowić zarzutu, a wręcz przeciwnie.

M.F.: Faktycznie, wszystkie trzy albumy Wiegedood są niemal bliźniaczo podobne. Różnice pomiędzy nimi są bardzo subtelne, ale tak jak tobie, mi również to nie przeszkadza. Mimo, że w żyłach Wiegedood zdaje się płynąć norweska krew, wyraźnie słyszalne są też macierzyste formacje muzyków. Sprawia to, że black metal Wiegedood brzmi bardzo transowo, czasem wręcz nieco monotonnie… Niemniej doświadczenia nabyte w Oathbreaker i Amenra sprawiają, że ta monotonia nie jest nudna. Zauważyłem, że z płyty na płytę Belgowie coraz częściej wybierają właśnie bardziej mantryczny kierunek.

A.G.: Mnie uwierała nieco produkcja „II”, chyba nieco nazbyt wygładzona i czysta. W tym aspekcie nowa płyta przynosi powrót do znanej z debiutu, chropowatej i niedoskonałej formy, i w takim właśnie wydaniu Belgom najlepiej. Jednak podobnie jak w przypadku samych struktur piosenek, także kwestie brzmieniowe rozgrywają się w detalach. Różnice pomiędzy tymi trzema płytami są właściwie niedostrzegalne, możliwe do wychwycenia tylko w wielokrotnym powiększeniu. Nie widzę w tym absolutnie żadnego problemu, ba – nawet nie rozkładam poszczególnych krążków na utwory, bo to w moim odczuciu jedna, spójna masa. Tak, bywa tutaj mantrycznie. Jeśli chodzi o naleciałości Oathbreaker i Amenra – czy, twoim zdaniem, rzeczywiście jakoś mocniej odbijają się one na twórczości Wiegedood?Band

M.F.: Odbijają się właśnie poprzez ten wyraźniejszy, transowy zwrot. Wiesz, takich czystych naleciałości właściwie nie ma. Tak jak wspominałem, Wiegedood kłania się w pas norweskim klasykom, a ich riffy to przecież niemal wzorzec. Mimo to ten zespół wciąż świetnie pasuje do idei Church of Ra, cały ten charakterystyczny klimat ewidentnie wyłazi z twórczości Belgów.

A.G.: No dobrze, czyli pokątnymi drogami dochodzimy jednak do wniosku, że odrobinę odbili z kursu. Świadomie, czy nie, poszli w trans – no bo porównując do debiutu chociażby, mniej jest tutaj melodii i przestrzeni, nad czym trochę zresztą ubolewam. I chociaż paleta środków pozostaje niezmienna, a riffy wciąż brzmią jak wzięte wprost z encyklopedii gatunku, całościowy odbiór idzie bardziej w stronę masywnej, momentami monotonnej ściany dźwięku. Czy można mówić o jakiejś prawidłowości, powie dopiero kolejna płyta, ale może właśnie to jest kierunek, w którym podążą teraz, po domknięciu trylogii?

M.F.: Tak, jestem bardzo ciekaw, jak to się dalej potoczy. Zamkną za sobą te drzwi, czy wręcz przeciwnie, zrobią jeszcze jeden krok? Na ten moment wydaje mi się, że Wiegedood znaleźli sobie idealną niszę. Mało odkrywczą, to fakt, ale jednak z ich zmysłem do melodii i dużym wyczuciem są jednym z ciekawszych zespołów na scenie – przynajmniej, nazwijmy to, tej bardziej popularnej.

A.G.: A propos popularności – zdziwiłem się trochę, widząc ich w katalogu Century, który to label widzi mi się z grubsza jako wydawca wszelakiej cepelii. To zawsze wymierne wsparcie w kwestii promocyjnej, ale czy na Wiegedood mogłaby zapanować – patrząc na sprawę w zdroworozsądkowych proporcjach – jakaś moda? Jak myślisz? Co prawda nie da się ich podpiąć pod jakieś zjawisko czy krajową scenę, ale trochę emocji i ładnych melodii w tej muzyce jest.zdjęcie

M.F.: Moda to chyba nie… Wiegedood to po prostu niezły zespół, bardzo fajnie wypadający też na scenie, mający na siebie jakiś pomysł i pewną wizję. Sądzę, że raczej w tym tkwi klucz do „sukcesu”, niż w fakcie, że za zespołem stoi spora wytwórnia. Przyznam jednak szczerze, że prędzej widziałbym Wiegedood w takim Season of Mist, to chyba byłby właściwszy target.

A.G.: Jasne, chodziło mi o perspektywy i dalszą drogę twórczą, bo „III” to dopiero pierwszy krążek wydany u majorsa. Nie mam wątpliwości, że do miejsca, w którym są dzisiaj, doszli wyłącznie konsekwencją i zawartą w tej muzyce jakością. Ich pozycja na scenie jest tym bardziej imponująca, że, jak wspomniałem, nie da się Wiegedood podpiąć pod żadne zjawisko – no, oprócz Church of Ra. Swoją drogą, to ciekawe, że wszystkie z zespołów tego kolektywu posługują się bardzo wysłużonymi środkami wyrazu. Liczy się przede wszystkim intensywność i emocje, i właśnie wysokie stężenie tych ostatnich zasługuje chyba na uznanie, bo zmieścić je w formie tak masywnej i transowej to nie lada sztuka. Tutaj raczej nie ma miejsca na granie na kontrastach i schemat cicho-głośno, jak w przypadku Amenra chociażby.

M.F.: Co nie zmienia faktu, że Wiegedood całkiem często się do tego schematu uciekają i wychodzi im to bardzo naturalnie. Najważniejszym elementem kompozycji zawsze jest jednak riff, wokół którego zespół buduje resztę utworu. Bardzo klasyczne, stricte metalowe podejście, a jednak podane w sposób, który nieco wymyka się właśnie temu klasycznemu rozumowaniu.live

A.G.: Ale to chyba wynika z ich backgroundu – może właśnie w samym podejściu do tworzenia najbardziej odbijają się te ich macierzyste, bardziej znane nazwy? Spojrzenie na sprawę z innej strony – bo zestaw inspiracji jest przecież całkiem oczywisty, a mimo to umieją naznaczyć całość własnym piętnem, ugryźć temat od dziwnej strony. Jasne, to są na razie tylko jakieś tam momenty, bo generalnie te płyty brzmią jednak bardzo „klasycznie” i w zgodzie z kanonem, ale może właśnie tutaj można upatrywać szansy na stworzenie czegoś nowego. Choć nie wiem, jak daleko się posuną. Jak wspomniałeś, nisza, w której siedzą dzisiaj, należy do raczej wygodnych.

M.F.: Należy do wygodnych i bezpiecznych. Z jednej strony Wiegedood kupuje fanów Church of Ra i ogólnie, powiedzmy, mniej oczywistego metalu, ale z drugiej jest też w stanie zainteresować zwolenników surowego bleczyska. Niby jest to rozkrok i teoretycznie niewygodna pozycja, ale jak widać Wiegedood czują się w niej wyjątkowo komfortowo. Oathbreaker też uciekł w stronę black metalu, zatem w przypadku tych gości te ciągoty wydają się być zupełnie naturalne. A że przy okazji zahaczają o gusta publiki na Roadburn… Teraz to atut.

W debacie uczestniczyli Michał Fryga i Adam Gościniak