WIEGEDOOD – De Doden Hebben Het Goed II (ConSouling Sounds)

Jeśli prześledzicie moje ostatnie teksty, zauważycie, że sporo miejsca i czasu poświęcam wykonawcom powiązanym z Church of Ra. Na ile to wynik moich mniej lub bardziej świadomych fascynacji, a na ile dzieło przypadku – nie będę się podejmował oceny. Faktem jednak jest, że Wiegedood to kolejna, bezpośrednio powiązana z kolektywem grupa, z którą przychodzi mi się mierzyć. Belgijski zespół, założony przez Wima Sreppoca, Gillesa Demoldera (obaj Oathbreaker) oraz Levy’ego Seynaeve (Amenra), podobnie jak większość wykonawców zrzeszonych pod szyldem Church of Ra, chętnie sięga do quasi-religijnej symboliki i próbuje nadać swojej muzyce wyraźnie uduchowiony, wręcz metafizyczny charakter. O ile jednak Oathbreaker, Throane czy The Black Heart Rebellion można nazwać poszukującymi, tak Wiegedood swoją twórczość opiera o niezbyt wyszukany, drugofalowy black metal.

Pierwsza część „De Doden Hebben Het Goed” ukierunkowana była bardziej w stronę Ash Borer czy Wolves In The Throne Room, drugi album Wiegedood to natomiast bardzo wyraźna fascynacja Skandynawią. Zwróćcie uwagę na ewidentne riffowanie pod Emperor w „Ontzieling”, walkę na wpływy tegoż z Satyricon w „Smeekbede” czy ogólne zasłuchanie w „Storm of the Light’s Bane”, bardzo często przebijające się w partiach gitar. Co ciekawe, właściwie w ogóle mi to nie przeszkadza, bo trzeba Belgom oddać jedno – są wyjątkowo chwytliwi. Pod tym względem na czoło wysuwa się długo rozgrzewający, ale przy tym niezwykle wciągający „Cataract”, aczkolwiek zadziorny riff ze wspomnianego już „Smeekbede” też jest cholernie „catchy”. W porównaniu do debiutu znacznie sprawniej i płynniej brzmią partie wokalne – na pierwszej części „De Doden Hebben Het Goed” wokale sprawiały wrażenie bardzo siłowych i wymęczonych. Teraz, choć Seynaeve wciąż nie pozbył się do końca nieco hardcore’owej maniery, nie wykazuje oznak wypluwania wnętrzności, a jego głos brzmi naturalniej i przede wszystkim lepiej. Generalnie jednak Wiegedood swoim drugim albumem zabili mi niezłego ćwieka. Z jednej strony doceniam klasyczne, ale podkreślone z wyczuciem inspiracje, z drugiej brakuje mi nieco pierwotności i większej swobody debiutu. Chłopaki niby poprawili niedociągnięcia – zwłaszcza techniczne – towarzyszące pierwszej części „De Doden Hebben Het Goed” , ale przy tym momentami nadali swojej muzyce za dużo wyrachowania. Cóż, widocznie taka jest cena rozwoju.Band

Zdaję sobie sprawę, że w tym roku ukazało się co najmniej kilka(naście) dużo ciekawszych black metalowych płyt, niemniej Wiegedood zasługuje na pochwałę przede wszystkim za dużą klasę w odwoływaniu się do klasyków, a także za niebywałą i pozbawioną jasełkowatości chwytliwość. Głównym problemem Belgów jest jednak brak charakteru, czegoś, co mogłoby ich wyróżniać na tle tych wszystkich zespołów z Islandii, Polski, Francji, USA czy Skandynawii. „De Doden Hebben Het Goed II” to z pewnością dobra płyta, ale chyba jednak zbyt asekuracyjna i bezpieczna, by mieć większe szanse przebicia. Obawiam się, że nawet trasa z Wolves In The Throne Room może w tej kwestii niewiele pomóc.

Michał Fryga

Cztery