WHITECHAPEL – Whitechapel (Metal Blade)

Był sobie kiedyś taki film z amantem Bradem Pitt’em w roli głównej. „Podziemny Krąg”, bo tak to dziwo się zwało, traktował, ogólnie rzecz ujmując o przyjemnościach i adrenalinie czerpanej z regularnego okładania się po ryjach. Najnowsza płyta Whitechpel to taki właśnie cień w krainie mgieł. Absurdalnie ciężka muzyka, absurdalnie agresywna, lekko wtórna i nie dająca nawet chwili oddechu. Paradoksalnie, taka właśnie ma być i w tym zaprzaństwie jest jakaś metoda.  Mieszkańcy Knoxville atakują po raz czwarty.

 

Stan Tennessee zawsze będzie znany z jednego powodu, whiskey się zwącego. Muzyka Whitechapel takiej kariery nie zrobi, choć wali po łbie równie skutecznie jak procenty wymienionego trunku. Nigdy nie byłem fanem deathcore’a a kiedy zaliczyłem straszliwą niestrawność po chwilowym zachłyśnięciu się metalcorem, także jego cięższy braciszek poszedł w odstawkę. Dzisiaj, kiedy opadły emocje, z większym dystansem podchodzę do tego typu wynalazków. „Whitechapel” jest sztandarowym przedstawicielem gatunku z wszystkimi wadami i zaletami, które mogą być zresztą traktowane wymiennie. Potworny ciężar tej muzyki, zatykająca dech w piersiach agresja, betonowe brzmienie i brak nadziei na jakiekolwiek zmiany to najważniejsze cechy płyty. Być może na tym krążku zespół zbliża się jeszcze bardziej w stronę czystego death metalu, co nie dziwi, zważywszy na ewolucję, jaką przechodzą jego koledzy ze stajni, czyli Job For A Cowboy. Gorzej, kiedy proces się zakończy, bo w kontekście bardzo bogatej i zapchanej po brzegi sceny metalu śmierci może się okazać, że Whitechapel jest… przeciętny. To już jednak dywagacje na rozprawkę czysto socjologiczną.

Powyższą teorię dobrze ilustrują takie songi jak „Hate Creation”, „Faces” czy „(Cult)uralist” – to brutalny death metal ze zmianami temp, wściekłym nawalaniem w instrumenty i aranżacjami zapchanymi po same brzegi okrutnym hałasem.  Szybkość, podwójne stopy przeplatają się z charakterystycznymi dla gatunku downbeatami i choć po pewnym czasie można dojść do wniosku, że to trochę sztampowe, jako jednowymiarowy atak na narządy słuchu sprawdza się całkiem nieźle. Odnoszę wrażenie, że na swoim czwartym krążku zespół chce jednak troszkę pokombinować. Majstruje przy brzmieniu gitar („The Night Remains”), łączy fortepianowe wstawki z ciężkimi riffami („Devoid”) i delikatnie wprowadza nawet black metalowe elementy, szczególnie słyszane w partiach wokalnych. Osobiście najbardziej podoba mi się pomysł, jaki testuje w „Make it Bleed”, gdzie w brutalny, zagęszczony atak wprowadza w pewnym momencie delikatne, załamujące strukturę kawałka wyciszenie. W tym miejscu zespół powinien się zatrzymać, bo takie rozwiązania „robią” muzyce dobrze. Szkoda, że jest tego na razie zdecydowanie za mało.

„Whitechapel”. Sprawna, mocna, miejscami nudna, deathcore’owa płyta z aspiracjami. Na razie malutkimi, ale jednak. Nie powiem, że zespół wymyślił coś odkrywczego, bo na razie  eksperymenty są jeszcze bardzo nieśmiałe, choć krok został już uczyniony. Aktualnie nadal mamy do czynienia z okrutnym betonem, który sprawdzić się może głównie na koncertach.

 

Arek Lerch