WHITECHAPEL – The Somatic Defilement (Metal Blade)

Przeważnie jestem przeciwnikiem wszelkiego rodzaju wznowień, reedycji i remasterów, ale w przypadku debiutanckiego albumu okrętu flagowego deathcore’a  w postaci Whitechapel, nową wersję „The Somatic Defilement” przyjmuję z co najmniej otwartymi ramionami. A może nawet i z otwartą paszczą, nie mogącą się nadziwić, jak dobry to materiał, jak brutalny i nadal świeży.

 

Zespół pod wodzą Phila Boozemana, najlepszego tego typu wokalisty w całym, na chwilę obecną przeżywającym kryzys eksploatacji gatunku, zaskoczył wszystkich fanów nie tylko „core’a”, ale przede wszystkich nowoczesnego death metalu. Na przełomie 2006 i 2007 roku, kiedy to na świat wyszły krążki As Blood Runs Black, Carnifex, Bring me the Horizon oraz „The Somatic Defilement” coś się zmieniło. Okazało się, że pojawia się nowy nurt o wielu twarzach i odmiennych wizjach. A co najistotniejsze, w Knoxville, mieście niesłynącym z metalu, zrodził się jeden z najciekawszych, młodych zespołów parających się ekstremalnym metalem.

Debiut Whitechapel to koncept album, opowiadany w pierwszej osobie z perspektywy Kuby Rozpruwacza. Trzeba przyznać, że zarówno wtedy jak i po dziś cień, co Phil nie raz udowodnił, jego teksty w połączeniu z unikalnymi możliwościami wokalnymi reprezentowały sobą to ‘’coś” na co przeważnie i tak nie zwracamy uwagi. Wokale Boozemana już wtedy znacząco odstawały od ekspresji kolegów z konkurencyjnych kapel, a jak wszyscy wiemy, anno domini 2013 Phil jest właściwie bez większej konkurencji, bo ani Adam Warren z Oceano ani ex-frontman Molotov Solution czy krzykacze z kanadyjskiego The Last Felony nie zbliżają się nawet do jego poziomu. Czytelnicy mogą to odebrać za „słodzenie” i „propsowanie” na wyrost, ale nie trzeba słuchać dziesiątek płyt rocznie, aby wysunąć podobne wnioski.

A muzycznie? Debiut był i nadal jest trochę nieokrzesany, ale mający masę fenomenalnych momentów, i nie mam tutaj na myśli tych nudnych breakdownów czy fragmentów niemal żywcem zerżniętych z płyt Dying Fetus, albo stricte napędzanych blastem ataków. Zresztą, lepsze (breakdowny) – i to rok wcześniej już demówkach prezentował Carnifex, a do bólu zarżnęła ten element cała fala następców powyższych grup, która na siłę (w zależności od aktualnie panującego trendu…) udaje, że raz kocha normalny, brutalny death metal, a raz wszystko to, co core’owe. Dobrze, że formacje takie jak Job For A Cowboy czy właśnie Whitechapel dość szybko wyzbyły się tych naleciałości, stawiając (w przyszłości) albo na mechanikę i groove albo na progresywny i techniczny aspekt metalowego grania.

Kto jeszcze nie słyszał tego krążka, zarówno w remasterowanej wersji, w której poprawiono przede wszystkim brzmienie sekcji rytmicznej, lub w dość surowym oryginale, niech czym prędzej nadrobi zaległości. Wpierdol jaki spuszczał ten zespół na początku swojej kariery jest godny pozazdroszczenia.

Grzegorz „Chain” Pindor

Pięć