WHATEVER NEVERMIND – A Tribute to Nirvana’s Nevermind (Robotic Empire)

Nie potrafię sobie przypomnieć czemu kiedyś tak bardzo nie lubiłem Nirvany. Pewnie chodziło o moją metalową ortodoksyjność wieku adolescencji albo coś podobnie głupiego – grunt, że minęło. „Nevermind”, „Bleach” i (najmniej ceniony przeze mnie z tego zestawu) „In Utero” polubiłem po czasie, ale za to z całego serca. Zespoły odgrywające numery Nirvany na Whatever Nevermind nie gadają więc z moimi sentymentami i wspomnieniami z czasów Zielonego Plecaka Z Naszywkami (nigdy takowego nie miałem – przegrałem życie!), ale za to dostarczają porcję bardzo dobrych lub rewelacyjnych interpretacji obrośniętej popkulturowym kultem, ale wciąż żywej muzyki.

Wiadomo, jak to jest z albumami nagranymi „w hołdzie” – przeważnie zbiera się banda zespołów od Sasa do lasa i drętwo odgrywa klezmerskie przeróbki, z których połowa nie nadaje się do słuchania nawet jako ciekawostki. Wytwórnia Robotic Empire podeszła do sprawy bardziej metodycznie. Dysponując kapitałem świetnych kapel z różnych rejonów gitarowego hałasu i szlakiem przetartym przez zeszłoroczny, całkiem przyzwoity „In Utero, In Tribute, In Entirety”, skleiła tribute-album najlepszy z możliwych w przypadku tego typu wydawnictwa. Klasyki z „Nevermind” odegrane są w „najgorszym” wariancie wiernie, na luzie i bezpretensjonalnie – takie wersje proponują choćby Torche („In Bloom”) czy Touche Amore („Lounge Act”), zgodnie z aktualnym duchem ich autorskiej twórczości. Przyjemnie snują się „Something In The Way” Nothing czy spowolniony przez Kylesa „Come As You Are”. Mi osobiście najwięcej radości dostarczyły kowery spójne z własnym stylem odgrywających je kapel, czyli dronowo-sludge’owa wersja „Lithium” Boris i noise-sludge’owe mutacje „Even In His Youth” i „Endless, Nameless” spłodzone przez Thou. Absolutną rewelacją między nimi jest „Smells Like Teen Spirit” w interpretacji Young Widows. Twórcy wydanego w ubiegłym roku, znakomitego „Easy Pain” odegrali największego cobainowego hita w wersji prawie nie przypominającej oryginału, brzmiącej jak zagubiony numer ze złotej ery Hammerhead lub Jesus Lizard. Dawno nie słyszałem lepszego koweru.Nirvana band

Umarł Kurt Cobain, po nim grunge, a na koniec MTV, jakie pamiętamy z lat 90. – a jego muzyka żyje i inspiruje. Słuchanie różnych interpretacji numerów z „Nevermind” przypomina, że czego byś nie szukał w gitarowej muzyce – znajdziesz to na płytach Nirvany. Chcesz rockowych przebojów, dobrych kompozycji, wyraźnych linii melodycznych? A może szukasz gitarowego hałasu, mocnych riffów, muzycznego nihilizmu? „Nevermind” ma to wszystko i takie są fakty. Mówiąc o zespołach „kultowych” myślimy przeważnie o tych „wielkich niedocenionych”, których szerokie masy nie znają i których słuchanie czyni nas koneserami muzyki z wysublimowanym gustem i szeroką znajomością tematu. Tymczasem największy tytan gitary lat 90. patrzył smutno z setek tysięcy wydartych z „Bravo” plakatów i krzyczał z połowy telewizorów na świecie. Czas, największy wróg i najlepszy przyjaciel z piosenki Anji Orthodox, bezlitośnie weryfikuje dawne bóstwa muzyki, ale z upływem lat twórczość Cobaina i kolegów tylko zyskała.

Bartosz Cieślak

Pięć