WEEKEND NACHOS – Still (Relapse)

Najnowsze dzieło amerykańskich zdołowanych punków to nic innego jak mentalna lewatywa dla każdego maniaka muzycznej agresji. Na swoim czwartym, dużym (no, może to nienajlepsze określenie…) dziele muzycy z Chicago przypominają, że podstawą takiego grania jest krótki, szybki cios w ryj. Niby dwadzieścia minut i po krzyku a jednak ból trwa dużo dłużej.

„Still” nie jest pozycją dla koneserów dźwięku. Nie jest też prezentem dla fanów długich i rozbudowanych kompozycji. Zespół jak zwykle wychodzi od czysto podziemnej formy hc/punk, dodając po drodze kilka elementów dla smaku. A to nieco sludge’owego brudu, a to chaotyczny blaścik. W efekcie otrzymujemy porcję schizofrenicznie rozedrganej muzyki, z której wściekłość wylewa się z siłą wodospadu i mrozi niczym okładkowy, rozmyty obrazek. Jednocześnie, pomijając furię, z jaką rzucają się na instrumenty, muzykanci wykazują się w temacie hc/punk szeroką erudycją, bo wprawne ucho wychwyci tu mnóstwo – chyba więcej niż na „Worthless” – klasycznych dla gatunku elementów. Tym samym zespół wykonał krok wstecz, jeszcze bardziej podkreślając swoje przywiązanie do sceny. Największą zaletą tych krótkich (balansujących gdzieś koło minuty), energetycznych pocisków jest duża dbałość o aranżacyjną zwięzłość, dzięki czemu mimo pozornego chaosu wszystko jest na swoim miejscu. W wolnych, chrzęszczących partiach zwraca uwagę dobry, wyrazisty riff, szybkie ataki są trzymane w ryzach przez perkusistę, mam wręcz wrażenie, że trochę się chłopaki powstrzymują, stawiając na bardziej zrozumiałe struktury, skutkiem czego jest większa, mimo wszystko, przystępność tych pieśni. Choć jakichkolwiek śladów melodyki jest tu tyle co uczciwości w polskim parlamencie.

Weekend Nachos za sprawą „Worthless” wpisał się swego czasu do gromadki ponurych bandów uprawiających coś, co nazwane zostało dark hardcore. Dzisiaj, przy okazji „Still” jakby się z tej grupy chcieli wypisać, co chyba wychodzi im na dobre, bo nowy krążek jest solidnym kawałkiem podziemnego szitu, zagranym na światowym poziomie i dużo mocniej kłaniającym się staremu dziadkowi punkowi. Co nie zmienia faktu, że poprzedni krążek pozostanie dla mnie swoistym opus magnum Amerykanów.

Arek Lerch

Cztery