WEEKEND NACHOS – Apology (Relapse)

Hardcore niejedno ma imię. W ostatnich latach brzmi ono – „mrok”. Matką takiej muzyki jest depresja a ojcem złość. I owa mieszanka stanowi połowę tzw. ambitniejszej strony współczesnej sceny hc. Są zatem zespoły odpowiednio ponure, sfrustrowane i beznadziejnie introwertyczne. A swoje bolączki wyznają, łącząc hardcore z różnymi wpływami. A to trochę ciężaru sludge, a to grindowy blaścik i odpowiednio brudne, surowe brzmienie. Wszystko zaś podporządkowane idei głównej – stworzeniu odpowiednio ciężkiej, agresywnej  mieszanki, która ma słuchacza przytłoczyć. Wyspecjalizowały się w takiej miksturze załogi francuskie, ale i w USA znajdzie się parę dobrych załogantów. Taki jest właśnie Weekend Nachos, który żegna się ze światem i publicznością w całkiem zacny sposób. Wprawdzie prześwietnego Worthless nie przebija, ale w stosunku do niezłej płyty Still jest lepiej. Bardziej konkretnie, z większą siłą, zdecydowaniem i zaskakującym finałem. Takiego hardcore’a chcemy. 

Paweł: Szkoda, że zespół z taką nazwą przestaje istnieć. Nachosy to nachosy. Tysiąc razy to lepsze niż kolejna wariacja na temat zioła w przypadku stonera, czy szatana w przypadku black metalu. A tym albumem żegnają się godnie.

Arek: Dokładnie, tak samo pomyślałem po lekturze płyty. To godne pożegnanie, bo pokazują, że ta muzyka, której w gruncie rzeczy jest bardzo dużo i nie zawsze w dobrym wydaniu, ma – a raczej miała – swoich wirtuozów. Nie powiem, proroków, bo w dzisiejszych czasach byłaby to przesada. Najważniejsze, że wiedzą, w jakim momencie powiedzieć – pas…

Paweł: Mam wrażenie, że mogli jeszcze spokojnie nieco pociągnąć. Objawów wypalenia, czy też zjadania własnego ogona na „Apology” nie słyszę. Wprostwnrelapse2016promo3 przeciwnie – tam jest nadal masa energii. No, ale oczywiście muzycy wiedzą lepiej – może już czuli, że nie wszystko układa się tak dobrze, jak w przeszłości? Jak dla mnie momentem szczytowym ich kariery było „Worthless”. „Apology” – mimo że świetne – to jednak półka niżej.

Arek: Cóż, zatem prywatnie się zgadzamy (śmiech). „Worthless” zdecydowanie najlepszy. A może najlepszy w momencie, kiedy słuchałem płyty? Przyznam, że dzisiaj odczuwam nieco przesyt takim graniem. Na pograniczu samospalenia, mrocznym, realizowanym na krawędzi – trochę core’owej agresji, sludge’owy brud i grindowe brzmienie. Mimo, że płyta jest dobra, to pojawia się pytanie, czy można z tej stylistyki wycisnąć więcej. A jeśli nie, to może moment zakończenia działalności był piekielnie inteligentny??

Paweł: To całkiem możliwe. Nagrali, co nagrać mieli, niczego lepszego niż „Worthless” już nie zrobią więc do widzenia. W końcu nie popełniają zbiorowego samobójstwa, a jedynie rozwiązują zespół. Ci sami muzycy mogą nadal tworzyć w ramach innych projektów. Ja na przykład chciałbym usłyszeć połączone siły WN oraz High On Fire. Jakoś podskórnie czuję, że fajnie by do siebie pasowali i dobrze się uzupełniali. To nieco inna muza, wiadomo, ale wibracje podobne.

Arek: A jak znajdujesz ostatni numer tytułowy z fortepianową wstawką?

Paweł: Bardzo mi się podoba, bo ja lubię takie sludge’owe klimaty. Chociaż, prawdę mówiąc, mogli równie dobrze na tej fortepianowym motywie poprzestać i skrócić ten utwór do 5 minut. No ale rozumiem, że chcieli pożegnać się z przytupem i nagrać przy okazji najdłuższy numer w swojej karierze. A Tobie, który numer najbardziej się podoba?

Arek: Osobiście najbardziej wolę te firmowe walce – min. „Dust” czy „World Genocide”. Bo w tych wolniejszych tempach dobrze słychać, że WN to nieźli kompozytorzy. Riffy w tych numerach „wciągają nosem” połowę metalowej braci (śmiech). Faktycznie, dzisiaj wolę WN w tych wolniejszych, gniotących fragmentach…

Paweł: No to zupełnie tak jak ja. Jak dla mnie mogliby tylko takie numery tworzyć. No dobra, a co, jeśli ktoś poprosiłby Cię o wskazanie równie mocnego tegorocznego strzału w podobnej stylistyce? Mnie do głowy przychodzi tylko nowy Nails.

Arek: Odpowiem tak – Nails, owszem jest dobry. Fange też daje radę a w temacie ciężaru Love Sex Machine. Problem w tym, że są to pewne odniesienia, które uzmysłowiają mi jedynie to, że dawno nie spotkałem zespołu, który poczynił w tej stylistyce wyłom. Dał od siebie coś nowego. Stworzył zaskakujący miks. Bez oglądania się wstecz… Wiem, że to ryzykowna teoria ale „metallic dark hardcore” zabrnął w ślepą uliczkę i śmierć Weekend Nachos tej sytuacji bynajmniej nie poprawia…wnrelapse2016promo2

Paweł: Chyba zostało już takie granie wyeksploatowane do cna. Tzn. będzie pewnie powstawało nadal mnóstwo zespołów obracających się w podobnej stylistyce, ale rzeczywiście może być trudno o dzieła, które zostaną w głowie na dłużej. Taka już kolej rzeczy. W takim np. thrash metalu też od dawna nic się nie dzieje – raz na jakiś czas uda się któremuś z dziadków nawiązać do lat świetności, ale jeżeli porównać to do tego, co działo się 30 lat wstecz, albo dzieje się teraz w black metalu… Cóż, thrash wypada blado.

Arek: To jest właśnie problem – każda stylistyka zostaje podchwycona przez setki zespołów i w krótkim czasie robi się źle… Co ciekawe, nowa płyta Weekend Nachos na tle tej sceny wypada jednak całkiem świeżo i sam nie wiem dlaczego. Być może chodzi właśnie o podstawę, bazę, czyli autentycznie dobry, soczysty riff…

Paweł: Zaletą jest też różnorodność. Łatwo jest w przypadku takiej muzyki popaść w banał i nagrać wszystko na jedno kopyto. Im udało się tego uniknąć. To nie brzmi prymitywnie – wydaje się być dobrze przemyślane. W ogóle cały album to jedna wielka sinusoida. Ciągłe zmiany tempa i intensywności, ale nie według schematu, a w sposób zupełnie niespodziewany. To się ceni.

Arek: Jak np. Like Rats, których płyty nie mogę strawić. A Weekend Nachos prezentują opcję pokerzysty – dokładnie widzą, jakie zagrywki stosować, jak zachować umiar (bo płyta nie jest przeładowana) i kiedy zaskoczyć. Tym bardziej szkoda, że to już koniec. No, chyba, że to tylko taka informacja, która ma podkręcić atmosferę wokół zespołu. I teraz będzie pożegnalny tour, który potrwa ze dwa lata, do nagrania… kolejnej płyty. Ale chyba do tego się nie zniżą. Zatem – kto jest ich godnym zastępcą?

Paweł: Godnym? Nie mam pojęcia. Chyba kierowałbym się ku Nails. Zresztą ja myślę, ze Nachosy jeszcze powrócą. Może coś w stylu Cathedral kilka lat wstecz? Zmieniamy szyld i jedziemy dalej.

wnrelapse2016promo1Arek: No właśnie – Twoja odpowiedź jest też symptomatyczna: styl się nieco wypalił, nie ma wyrazistych postaci. Oczywiście, „załoganci” pewnie wymienia setki zespołów, które w/g nich są genialne i zrewolucjonizują hardcore’a, jednak… wątpię w to i wątpię czy coś nowego w tym nurcie mnie zabije. Raczej liczę na zaskakujący atak z zupełnie innej flanki. A co do powrotu WN… Oby nie. W tej muzyce szczerość to podstawa. Nie sądzę, żeby chcieli zabawiać się w taki plastik. Choć… nie takie rzeczy oczy już widziały (śmiech…).

Paweł: W każdej sztuce szczerość to podstawa, ale sam wiesz jak jest. Jak w tej reklamie. Leo, why? For money. Chociaż akurat im to raczej nie grozi, bo milionów na swojej muzyce nie zarabiali. Czyli co – odchodzi król i tron pozostawia pusty?

Arek: W moim przypadku problem polega na tym, że trochę oddaliłem się od takich rzeczy i mój próg tolerancji się zmienił. Chyba wymaga nieco więcej, zatem, na ten moment pozostaje pusty a wokół niego kłębi się niezliczony tłum naśladowców, z których może 0,5% być może zostanie zauważona przez grono większe niż dziesięciu znajomych na fejsbuku…

Paweł: I to podsumowanie – smutne, bądź co bądź – niech posłuży za puentę. Do tematu wrócimy jak się nowy król objawi.

Arek: Królu hardkora – czekamy!!

Rozmawiali Paweł Drabarek i Arek Lerch