WEEKEND NACHOS – Worthless (Deep Six/Relapse)

Pamiętam, że z wywiadu, jakiego udzielili mi członkowie zespołu jakieś dwa lata temu wyłaniał się obraz strasznie neurotycznych, ewidentnie pokłóconych ze światem kolesiów. Na najnowszej płycie  Amerykanów tych kompleksów nie słychać. Zostały zastąpione miażdżącym jądra wkurwieniem. I tak jest chyba zdecydowanie lepiej.

Obok najnowszych dokonań Converge i Trap Them, „Worthless” stanowi dla mnie punkt odniesienia w badaniach współczesnej, poszukującej ale też i nonkonformistycznej, hard core’owej luty. Agresywna inteligencja, zaklęta w depresyjnych dźwiękach najnowszej płyty chicagowskich destruktorów jest dla mnie znakiem, że na niezależnej, ekstremalnej scenie następuje duża zmiana. Przede wszystkim, w muzyce Weekend Nachos odbija się spuścizna ostatnich dwóch dekad hałasu i słychać, że zespół bardzo dokładnie wszystko przemyślał. Bo tylko w taki sposób udało mu się zakląć w jednominutowych erupcjach agresji tak wiele inspiracji i często zaskakujących zwrotów akcji.

Podstawa to oczywiście bezkompromisowy, gryzący oczy i wyrywający jelita punk rock. Zagrany bez żadnych kompromisów, wściekle i z przyłożeniem godnym wspomnianych akapit wyżej mistrzów. Poza tym, WN kochają grindowe blasty a elementem, który na „Worthless” szczególnie zaznaczył swoją obecność, jest sludge’owy, czy miejscami nawet doom’owy, posępny i ciężki jak sto diabłów riff. Jak udało się te dość odległe od siebie style spoić w całość, pozostanie tajemnicą zespołu. Fakt jest niezbity – w krótkich, często poniżej minuty, utworach dzieje się dużo, mocno i brutalnie, ale co ciekawe, każdy kawałek ma fajny aranż, dzięki czemu nie ma tu niepotrzebnego i bezsensownego hałasu.

Płyta składa się w dużej mierze z wspomnianych, szybkich i gwałtownych ciosów w ryj – blastyczne „Dubviolence” czy „The Fine Art Of Bullshit”, klasyczny dla tej płyty, 34 – sekundowy „Frindship”, gdzie zespół neurotycznie wędruje od blastów, przez sludge’owy dół, by zakończyć znowu szybkim, trzysekundowym atakiem. Jest sporo świetnego, hardcore’owego czadu w postaci openera „Hometown Hero” czy znanego już od jakiegoś czasu „Black Earth”, jest gniotący „For Life”, czy „The Meeting”, gdzie, zgodnie z tytułem spotykają się d – beat i Black Sabbath. Inna bajka to kawałek tytułowy. Zaczyna się dwuminutowym, powiedzmy sobie uczciwie, wkurwiającym sprzęgiem, zaś pozostały czas utworu  wypełnia doom’owy dół. Równie ciekawie przedstawia się kończący płytę, najdłuższy w zestawie, siedmiominutowy „Future”, gdzie zespół wymieszał wszystkie elementy, stanowiące sól nowego dzieła grupy. No i to upiorne zakończenie, gdzie grupa coraz wolniej odjeżdża w sobie tylko znany, ponury, niepokojący mrok…

Tak… Monstrualne brzmienie, znane z „trójki” Cursed, ukłony w stronę klasyki, ale i niezmordowana, nieugięta postawa, kontrkulturowych, wściekłych punków z ulicy zaowocowały płytą, która może nie zmieni sceny, ale dostarcza świeżej, czystej krwi do obiegu. Nadal jednowymiarowo, ale z takim ładunkiem, że nie sposób przejść obojętnie obok „Worthless”. Nadal w pierwszym podejściu dostajemy cały ładunek prosto w szczękę, co ciekawe jednak, chce się więcej i więcej. Nie jest to muzyka na każdą okazję, ale jeśli szukacie agresji, złości i prostoty, mierzi Was metalowa siermięga i lubicie punkowy syf, „Worthless” będzie miłym uzupełnieniem kolekcji.

Arek Lerch 

Pięć i pół